Wiadomości

21 września 2016

Wyprawa na Damavand

Komisja do spraw sportu objęła patronat nad wyprawa Kolegi Piotra Szudejko na Damavand. Poniżej prezentujemy relację z wyjazdu i serdecznie gratulujemy!

MH Damavand Solo – 01.09.2016-10.09.2016

Samotny wyjazd na położony w Iranie Damavand odradzali mi w zasadzie wszyscy. Na dotychczasowe wyprawy niemal zawsze wyruszałem w towarzystwie, ale teraz los chciał inaczej. Oznaczało to nie tylko konieczność polegania wyłącznie na sobie w każdej sytuacji awaryjnej, ale także konieczność niesienia na własnym grzbiecie ciężaru, który normalnie rozkłada się na większą ilość osób: namiotu, apteczki czy zestawu kuchennego.

Ale głównymi problemami, z którymi musiałem się zmierzyć, była nie sama góra, ale różnice kulturowe i językowe. Powszechnie wiadomo, że Iran od czasu rewolucji islamskiej w 1979 r. prowadzi politykę, która nie zachęca do odwiedzin, natomiast pośrednią konsekwencją izolacjonizmu jest brak znajomości języka angielskiego.

Z drugiej jednak strony, odnalezione w Internecie informacje wskazywały niemal jednogłośnie, że Irańczycy są bardzo przyjaźni, gościnni oraz ciekawi świata. Ta sprzeczność mnie intrygowała i wiedziałem, że będę miał okazję sprawdzić ją na miejscu.

Pierwszą trudność napotkałem już na lotnisku imienia Chomeiniego, gdzie okazało się, że do otrzymania turystycznej wizy niezbędne jest, poza zawarciem umowy ubezpieczenia turystycznego, także posiadanie: zaproszenia oraz wskazania miejsca pobytu w Iranie (adresu oraz telefonu) i osoby sponsora. Żadnej z tych informacji nie umieszczono jednak na stronie ambasady Iranu w Polsce, co więcej, specyfika mojej wyprawy wyklucza wskazywanie adresów, telefonów czy sponsorów. Po długich negocjacjach urzędnicy w końcu wydali mi wizę „ostatni raz”. Wyposażony w wizę, przekroczyłem bramki lotniska i wyszedłem do hali odlotów.

Do miejscowości Polur, gdzie rozpoczyna się górską przygodę pojechałem taksówką. Podobno z Teheranu jedzie tam dość tani autobus, ale wyjazd jest o 10 rano, a na zegarach dworca widniała godzina 4:30. Kierowca okazał się średnio zorientowany w trasie, więc dojechałem na miejsce, pod budynek Irańskiej federacji wspinaczy, dopiero po 7. Po załatwieniu formalności i zapłaceniu za permit (25 dol.) mogłem nieco rozejrzeć się po okolicy. Schronisko mieści się w piętrowym budynku, którego tylna część została zamieniona w sporą ściankę wspinaczkową, na której przeprowadza się głównie szkolenia i kursy. Amatorów wspinających się dla przyjemności nie zauważyłem. Wyszedłem w stronę dominującego nad Polur Damavandu, przedzierając się przez wyschnięte, kolczaste osty. Teren przypominał kamienną pustynię, silniejsze powiewy wiatru unosiły w górę tumany piachu. Mój spacer trwał około dwóch do trzech godzin, kiedy skończyła się zabrana w butelce herbata, zawróciłem do schroniska.

Następnego dnia, 3 września, zrobiłem selekcję sprzętu i zostawiłem w depozycie wszystko, co było niepotrzebne. Tak odciążony wyruszyłem drogą asfaltową w stronę obozu 2, określanego jako „meczet”. Orientację opierałem na dość dokładnym przestudiowaniu mapy, wiszącej w schronisku oraz na informacji od managera. Jak się jednak miałem boleśnie przekonać, manager wskazał mi niewłaściwą lokalizację schroniska.

Po jakiejś godzinie marszu przysiadłem na przydrożnym kamieniu i niemal natychmiast zatrzymał się zdezelowany samochód. Z grzeczności wstałem i podszedłem do uchylonej szyby. Próbowałem porozumieć się z kierowcą, jednak mówił wyłącznie w języku Farsi. Ostatecznie jednak słowo „meczet” brzmi tak samo w tym języku, jak i po angielsku, więc zaufałem kierowcy, który koniecznie chciał mnie podwieźć. Jak się jednak okazało, miejsce, w którym mnie wysadził, leżało już nie na południowej ścianie Damavandu, ale na zachodniej. Moim celem było dotarcie do meczetu, więc zacząłem maszerować pod górę i na wschód, a więc w stronę, gdzie zgodnie z mapą powinien znajdować się meczet. Teren był ciężki, ponieważ w wybraną przeze mnie stronę nie prowadziła żadna ścieżka. Przez kilka dobrych godzin maszerowałem niestrudzenie, kiedy poczułem nagle charakterystyczne kłapanie – oderwała się częściowo podeszwa lewego buta. Było to tym dziwniejsze, że poprzedniego dnia grupa Irańczyków z ciekawością oglądała moje górskie buty i najwyraźniej wszystko było z nimi w porządku. Liczyłem na to, że da się tą podeszwę w jakiś sposób skleić, ale może godzinę później ten sam los spotkał i drugiego buta. Tym razem jednak oderwała się cała podeszwa. Wydawało się, że moja przygoda już się zakończyła – na wysokości około 4 000 m, a więc znacznie powyżej meczetu, który w końcu, z kolejnej grani udało mi się wypatrzeć.

Zniechęcony, zawróciłem w stronę asfaltowej drogi, prowadzącej do Polur. Wieczorem byłem znowu w schronisku, tym razem jednak bez butów i z bolesnymi otarciami.

Następny dzień spędziłem na relaksie w okolicach schroniska, słuchaniu muzyki i rozmyślaniach. Na zmianę miałem tylko sandały, które absolutnie nie nadawały się do wchodzenia w niskich temperaturach. Rozważałem jakąś konstrukcję z koca ratunkowego, ale tylko teoretycznie – konsekwencje w postaci odmrożeń były oczywiste.

Dopiero wieczorem zacząłem się zastanawiać nad oczywistym rozwiązaniem w postaci kupna butów na miejscu. Okazało się jednak, że nigdzie w okolicy nie ma sklepu, a najbliższy jest Teheranie. A zatem – następnego dnia pojechałem do Teheranu i po długich poszukiwaniach i próbach porozumiewania się na migi kupiłem irańskie buty górskie. Straciłem na to cały dzień i ponad połowę budżetu, ale znowu byłem gotów do drogi.

6 września pojechałem rozklekotanym Zamyadem aż do meczetu. Nie miałem ochoty powtarzać ponownie wędrówki po bezdrożach. Stamtąd droga była dość oczywista – zakosami pod górę, aż do trzeciego i ostatniego obozu: Bargah Sevom (4250 m). Można było wypożyczyć muła do niesienia plecaka, ale nie zamierzałem popełniać tego błędu. Niesienie cięższego bagażu pomaga przy aklimatyzacji, a ja nie miałem już czasu na przyzwyczajanie organizmu do wysokości. Ten czas pochłonęła przygoda z butami.

W schronisku zaczęła mnie boleć głowa, więc wziąłem kilka tabletek przeciwbólowych i starałem się jak najwięcej ruszać, co zawsze pomaga. Po odpoczynku poszedłem na rekonesans w stronę zamarzniętego wodospadu, położonego na wysokości 5100 m. Zbierały się chmury i wiał dość silny wiatr, ale wyglądało na to, że następnego dnia pogoda jeszcze się utrzyma. Z drugiej strony, każda góra ma swoją specyfikę i mogło być różnie. Wróciłem do schroniska i po obiedzie poszedłem spać.

Wieczorem obudzili mnie dwaj poznani wcześniej w Polur Irańczycy: Ali i Emad. Ustaliliśmy, że następnego dnia wyjdziemy o piątej, żeby uniknąć nadchodzącego załamania pogody. Jak zwykle przed górską akcją, długo nie mogłem zasnąć.

Ostatecznie wyszliśmy w świetle czołówek około 5:30, razem z kilkoma innymi grupkami, udającymi się na szczyt. Było dość zimno, oceniałem temperaturę na -10 stopni. Tempo mieliśmy nieco dla mnie zbyt powolne, ale za to nie robiliśmy w zasadzie przerw, zatrzymując się jedynie kilka razy na krótkie, 2-3 minutowe postoje. Po jakiejś godzinie poproszono mnie o prowadzenie i w takiej konfiguracji już pozostaliśmy. Czułem się nadzwyczaj dobrze, ból głowy był tylko niewyraźnym wspomnieniem. Mogłem iść zdecydowanie szybciej, ale trzymałem się z moimi dwoma towarzyszami. Żałowałem nieco, że nie wziąłem ze sobą kijków teleskopowych, bo zdecydowanie przydałyby się w tym terenie, zbudowanym z pyłów wulkanicznych, osypujących się w dół przy każdym niemal kroku. Damavand przypominał mi bardzo Kilimanjaro, gdzie również trzeba iść po takich luźnych kamieniach i miękkim pyle. Pod nami podnosił się powoli wał chmur, osiągając odległy obóz drugi.

W końcu osiągnęliśmy szerokie wypłaszczenie, skąd widać było już szczytem. Czuć było siarką, skały miały tutaj charakterystyczny, żółty kolor. Powyżej ze szczelin buchały białe opary siarki, przesłaniając drogę wejścia. W kłębach siarki człowiek natychmiast dostaje ataku kaszlu, a na tej wysokości to bardzo niebezpieczne.  Nie ma również sił na wstrzymywanie oddechu, bo przecież trzeba iść jak najszybciej, by wydostać się z pułapki. Na szczęście moi koledzy znali drogę bardziej po zachodniej stronie Damavandu, która omijała najgorsze miejsce. Teraz nareszcie mogłem iść swoim tempem, dzięki czemu wyprzedziliśmy wszystkich, idących razem z nami na szczyt. O 10:50 stanęliśmy na wierzchołku. Po gratulacjach i pamiątkowych zdjęciach obejrzeliśmy jeszcze kalderę i zjedliśmy po cukierku. Zapach siarki i podnoszące się coraz bardziej chmury skłoniły nas jednak do powrotu.

Chciałem tego dnia zejść na sam dół, a zdawałem sobie sprawę z tego, że sił będzie mi ubywać. Szliśmy jednak powoli, głównie za moją radą. Od upadku na Elbrusie w 2012 r. moje kolano nie przestało jeszcze boleć i nie chciałem pogorszyć jego stanu zbieganiem w dół po niestabilnym podłożu. W obozie 3 zostaliśmy tylko na chwilę, by zabrać rzeczy i wypić po kubku ciepłej wody, bo herbata nam się skończyła.

Kawałek dalej weszliśmy już w chmury, zrobiło się też zimniej. Co jakiś czas siadaliśmy, by choć przez chwilę dać odpocząć nogom. Zrobiły mi się odciski, ale nie zważałem na to, liczyło się tylko bezpieczne zejście do Polur. Do meczetu dotarliśmy już po ciemku i pół godziny czekaliśmy, aż kierowca łazika zdecyduje się zabrać nas na dół. Czułem się dobrze i mógłbym iść dalej, ale przyjemnie było jednak jechać samochodem po tej niezbyt ciekawej, piaszczystej drodze. Do obozu pierwszego dotarliśmy bezpiecznie o 19 wieczorem i zjedliśmy wspólną, wegetariańską kolację.

Następnego dnia moi towarzysze pojechali do domu, a ja zostałem jeszcze jeden dzień w Polur, które wolałem zdecydowanie bardziej od dusznego od spalin Teheranu.

Wyjazd podważył moje przekonania odnośnie tego, jak wygląda życie w Iranie. Doskonale widać dysonans pomiędzy życiem oficjalnym, można rzec: propagandowym, na pokaz, a postawami poszczególnych, rzeczywistych ludzi. Można dostrzec podobieństwa do sytuacji Polski sprzed roku 1989 r. Z tą „opozycją” wobec fundamentalistycznego, wojowniczo nastawionego państwa spotykałem się na każdym kroku. Irańczycy są serdeczni do przesady, niezwykle gościnni, ciekawi świata i światopoglądu różnego od ich własnego. Z religijnością też bywa różnie. W żadnym wypadku nie jest to monolityczne społeczeństwo, jak to niektórzy skłonni są utrzymywać. Z pewnością wrócę jeszcze do Iranu.

 

Poprzednia wiadomość
Następna wiadomość
Content