Wiadomości

15 września 2017

Ultraradca – Ania Stępień-Sporek w Chamonix

Mija dokładnie rok od mojego udziału w Biegu 7 Dolin. Gdy biegłam przez polskie góry nocą, potem przy wschodzącym słońcu i w upalne popołudnie, wydawał się szczytem moich możliwości. Teraz wspominając tamto wydarzenie i mając świadomość tego, co dokonałam tydzień temu, wydaje mi się, że jeszcze nie raz sama siebie zaskoczę i przesunę jakieś granice, które wyznacza przede wszystkim głowa. Pierwszego września tego roku nie tylko spełniłam swoje biegowe marzenie, ale dodatkowo odbywałam fascynującą podróż w wyjątkowych miejscach i w cudownej atmosferze. Czekałam chyba na nią od momentu, gdy dobiegłam na metę w Krynicy, choć nie do końca byłam przekonana, że się może udać. Zresztą niełatwo w to uwierzyć, jeśli biegasz nieco ponad trzy lata i przypomnisz sobie, jak z wypiekami na twarzy czytałaś o tym, jak słynni ultramaratończycy mieli problemy z ukończeniem biegu wokół masywu Mont Blanc. Niemalże do ostatniego momentu przed startem nie mogłam uwierzyć, że ktoś taki jak ja może być w tym miejscu, czuć tę atmosferę i bawić się tym.

Organizatorzy festiwalu biegów UTMB, w ramach którego organizowany jest CCC, czyli bieg na trasie Courmayeur – Champex – Chamonix o długości 101 km i przewyższeniach 6100 m, zrobili wszystko, aby to wydarzenie było wyjątkowe. Na tej imprezie rzeczywiście można poczuć, co oznacza przekraczanie własnych granic, mierzenie się z nieznanym i radość z wbiegnięcia na linię mety. Dla mnie to była podróż nie tylko przez trzy państwa, ale zdarzenie się z skrajnie rożnymi warunkami klimatycznymi oraz własnymi lękami.

Bieg wystartował w Courmayeur we Włoszech. Przybycie na linię startu już dało mi dużo pozytywnej energii. Przez ostatnie dni prognozy pogody były fatalne i cały dzień przed startem padał deszcz. W dniu startu też nie było lepiej. Zastanawiałam się, co założyć, obawiając się, że na całej trasie czeka mnie ulewa. Tymczasem po przejechaniu tunelu pod Mont Blanc we Włoszech przywitało nas słońce i piękna pogoda. Z koleżanką Dorotą szybko zdjęłyśmy kurtki i na twarzach pojawiły się uśmiechy. Potem tłum biegaczy, muzyka i ten moment, gdy odliczane są sekundy do startu. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że to ta chwila – to się dzieje, jestem tu! Gęsia skórka na rękach, gorąco z emocji, wzruszenie. Zaraz potem ruszył ten kolorowy tłum wąskimi uliczkami w kierunku lasu, a w tle dźwięk dzwonków alpejskich krów, który jeszcze wielokrotnie słyszałam tego dnia. Dosyć szybko pojawił się długi podbieg, który stawał się coraz bardziej stromy. Wprawdzie na początku nie do końca byłam przekonana, czy dobrze robię, próbując biec nieco szybciej niż zakładałam, ale gdy już zaczęło się strome podejście wiedziałam, że to była właściwa decyzja. Wąskie ścieżki gruntowe z kamieniami łatwiej jest pokonać, gdy jeszcze nie przeszło po nich ponad tysiąc osób, które wbijały w nie kijki, a szanse na minięcie kogoś z tego tłumu są niezbyt duże na takich przejściach.

Pierwsze zaskoczenie, że dosyć sprawnie idzie mi i nie wiem, kiedy mam za sobą 10 km. Łapię się na tym, że już myślę o tym, jak będę biegła w Chamonix deptakiem do mety, cieszę się z tego, że nie czuję zmęczenia, a w głowie ulubiona piosenka moich dzieci, którą śpiewały przez kilka ostatnich dni „On an evening in Roma” Michaela Bublé. Uśmiecham się, bo przecież jestem we Włoszech, jest pięknie wbrew prognozom pogody, a ja jestem w gronie tych szaleńców, którzy postanowili przebiec przez trzy kraje, nie zastanawiając się specjalnie, że przecież jest to odrobinę niebezpieczne. Potem coraz piękniejsze widoki. Wysokie góry, doliny, rumowiska skalne, olbrzymie łąki i zapomina się o tym, że to duży wysiłek. Niedługo potem pierwszy szczyt – Tete de la Tronche i punkt kontrolny, na którym wolontariusz krzyczy „Dzień dobry! Dawaj Anna! ”. Niczego więcej po polsku nie potrafił powiedzieć, ale miło z jego strony, że dostrzegł na numerze startowym flagę i imię. Od razu robi się raźniej zwłaszcza, że za szczytem pierwszy dłuższy zbieg i piękne widoki z obu stron. Poczułam się jak na filmach – wąska ścieżka, a z dwóch stron w oddali doliny, otoczone ogromnymi górami. Poczucie totalnej wolności, kiedy zapominasz o całym świecie. Nic się nie liczy poza tą chwilą.

Kolejne punkty kontrolne mijałam bardzo szybko i po 27 km rozpoczęła się droga w kierunku drugiego z najwyżej położonych punktów trasy – szczytu Grand Col Ferret, na granicy Włoch i Szwajcarii. Im byłam wyżej, tym było chłodniej i coraz więcej chmur. W pewnym momencie konieczne było wyjęcie kurki i rękawiczek. Totalna zmiana pogody, a spoglądając w dół widziałam tylko gęste chmury. Wchodziłam coraz wyżej na górę, której przy tej pogodzie nie widziałam. Kiedy z tej mgły wyłonili się wolontariusze, skanujący numer na szczycie zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno teraz przez kilkanaście kilometrów będę biegła w dół. W Szwajcarii już było znacznie chłodniej. Słońce ukryło się za chmurami, ale nadal były piękne widok, bo trasa wiodła przez wioski, w których cudowni kibice witali każdego biegacza, skandując jego imię i zagrzewając do walki z kolejnymi kilometrami. Jaka byłam zadowolona, dobiegając do kolejnej wioski i czując się, jak ktoś wyjątkowy. Praktycznie każdy turysta napotkany na trasie mówił coś miłego i dopingował. Szwajcarię już chyba zawsze będę kojarzyła nie tylko z porządkiem, zegarkami, czekoladą, ale i pełnymi zaangażowania kibicami. Od razu mocno przyspieszyłam, co tym bardziej mnie ucieszyło, że mając w nogach ponad 42 km, jestem w stanie biec w tempie szybszym niż moje starty w pierwszych biegach na 10 km, a mało tego – biegnę tak przez ponad godzinę i nie czuję specjalnego zmęczenia. Pierwsze wzruszenie było w momencie przekroczenia pięćdziesiątego kilometra. Zawsze kiedy zrobię połowę dystansu, jaki on by nie był, zaczynam sobie mówić, że już blisko. Tym razem też nie mogło być inaczej, choć dodatkowo ponownie pomyślałam o mecie i o tym, że właśnie robię coś niezwykłego, o czym marzyłam, ale były to marzenia w kategorii czegoś, co raczej się nie wydarzy i pozostanie w sferze tych nieosiągalnych pragnień. Widząc prostą drogę, która wiodła kilkaset metrów od punktu pomiaru czasu pomyślałam sobie znów o tym, że jednak wiele granic w życiu to właśnie nic innego jak ograniczenia, które sami sobie narzucamy, a jak się nad tym popracuje, trochę zaryzykuje, to tego typu bariery można pokonać.

Kiedy pomału opuszczałam Szwajcarię i zbliżała się noc dotarłam do trzeciego szczytu na trasie – La Giete. Punkt kontrolny był w drewnianej chacie górskiej. Postanowiłam, że już założę czołówkę, bo wprawdzie jeszcze nie było nocy, ale widoczność coraz gorsza. Wyszłam z chaty i… nic nie widzę. Pomyślałam sobie, że kupiłam kiepską czołówkę. Wyjęłam drugą – to samo. Zorientowałam się, że to nie wina sprzętu, ale zrobiła się bardzo gęsta mgła. Niemale tak gęsta, że można byłoby ją kroić. Zaczynał się najtrudniejszy etap trasy, a z nieba zaczął lać silny deszcz. Zbieg do Trientu to rozmoknięte ścieżki, śliskie kamienie i duża ilość błota. Byłam całkiem przemoczona. Nie chciałam się jednak zatrzymywać na tym deszczu i myślałam tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w Triencie, napić czegoś ciepłego, zmienić ubranie i założyć kurtkę przeciwdeszczową. Herbata i kawa w punkcie odżywczym smakowała bardziej niż w najlepszej kawiarni. Do tego kanapka z salami, którego nie jadłam jakieś 25 lat, bo dopiero od kilku tygodni nie jestem wegetarianką. Kolejny kęs, w brzuchu ciepło od herbaty, a mi zrobiło się tak jakoś przyjemnie i błogo. Proste rzeczy, które w takiej chwili najbardziej cieszą. Jeszcze ciemna czekolada, banan i pomarańcze, a potem szybka zmiana stroju. Sucha bluzka, ciepłe rękawiczki od trenera, czapka i w końcu kurtka przeciwdeszczowa, bo Francja oprócz chłodu przywitała mnie intensywnym deszczem.

Najbardziej bałam się tego momentu. Nocy, deszczu i samotności. Na początku drogi starałam się trzymać innych biegaczy, ale na zbiegu z Calogne coraz częściej zostawałam sama. Trochę może przez moją ostrożność, bo bałam się, że na tym śliskim błocie chwila nieuwagi, szybkie tempo i może się zdarzyć jakiś wypadek. Pomału zaczynałam się oswajać, że może tak być, że końcówkę trasy będę pokonywała sama. Skały, światło czołówki, szum płynącej wody gdzieś w oddali, czasami dźwięki dzwonków krów i ja z moimi myślami. Od przedostatniego punktu kontrolnego w Vallorcine to było normą. Co jakiś czas, ktoś mnie mijał albo ja kogoś wyprzedzałam, ale czas w samotności wydłużał się. Osoba, która nie ogląda thrillerów i nie lubi ciemności w środku nocy sama w górach! Znów zaskoczyłam siebie, bo nie tylko zapomniałam o tym, że można się bać, ale nawet mi się to podobało, a najbardziej te chwile, kiedy na trochę przestało padać i widziałam gwiazdy. Takie magiczne momenty. Ciesząc się nimi, myślałam o ostatnich miesiącach i latach, o tym, co się zmieniło, poszło inaczej niż chciałam i ostatecznie doprowadziło mnie tutaj.

W pewnej chwili w świetle czołówki zobaczyłam płatki śniegu. Widziałam, że już minęło 16 godzin od mojego startu, choć nie czułam nadal zmęczenia, ale przypominałam sobie, że wielokrotnie słyszałam o halucynacjach u ultramaratończyków spowodowanych długotrwałym wysiłkiem. Sama tego nie doświadczyłam nigdy, ale widząc ten śnieg pomyślałam, że może mi się tylko wydaje i nie pada, bo przecież startowałam w słoneczny i ciepły poranek. Złapałam kilka płatków, dotknęłam twarzy. To był rzeczywiście śnieg. Miałam nie tylko podróż przez trzy państwa, ale także wszystkie pory roku.

Ostatnie dziesięć kilometrów trasy już znałam. Kilka dni wcześniej przebiegłam je w ciągu dnia. Wiedziałam, że zbieg jest stromy i pierwszych kilka kilometrów to dużo korzeni i kamieni. Z jednej strony chciałam szybko biec, z drugiej wiedziałam, że jestem zmęczona i nie do końca moje ciało może mnie słuchać. Posłuchałam głosu rozsądku i ten odcinek był bardzo spokojny, często przechodziłam do marszu, aby przez brawurę nie popsuć szczęśliwego zakończenia mojej przygody. Kiedy już wiedziałam, że ścieżki są bardziej bezpieczne i przewidywalne zaczęłam biec coraz szybciej, przypominając sobie słowa trenera o prostowaniu pleców, podnoszeniu wyżej kolan, rękach. Powtarza to do znudzenia, ale jak widać chyba to polubiłam. Po raz kolejny zaskoczyło mnie to, że mimo tych wszystkich kilometrów, ciężkich warunków, wiedząc, że blisko meta jestem w stanie przyspieszyć do tempa z cotygodniowych długich wybiegań. Nogi mnie same niosły, uśmiechałam się, nawet nie umiem opisać, co czułam. Euforia pomieszana z wzruszeniem. Bieg przez znajome uliczki Chamonix, ostatnia prosta i meta, a chwilę potem smsy od najbliższych osób, które z niecierpliwością sprawdzały, gdzie jestem, myślały, martwiły się, dodawały otuchy. Bez nich nie byłoby mnie na tej mecie, bo sama świadomość, że ktoś myśli zawsze dodaje mi skrzydeł.

Najtrudniejszy bieg, w którym brałam udział, marzenie wszystkich ultrasów i mi się udało je spełnić! Było pięknie, trudno, ale o dziwo przez cały bieg nie miałam żadnego kryzysu, żadnego momentu, gdy miałam ochotę odpuścić, czy choćby pojawiły się najmniejsze wątpliwości co do tego, że dam radę. Było to dla mnie totalnym zaskoczeniem, bo na każdym ultra były chwile, że czułam się już mocno zmęczona, gdy jakaś zła myśl przemknęła przez głowę. To poczucie z Courmayer, że jestem we właściwym miejscu, że to kocham, ono trwało przez cały bieg. Dobiegając do mety chciałam biec dalej, chciałam przedłużyć tą moją podróż. Gdy emocje już opadły okazało się, że te trudy również dobrze zniosłam bardzo dobrze fizycznie, bez bólu, czy nawet najmniejszych obtarć. Jak tu nie być szczęśliwym?

Jak to zwykle u mnie jeszcze w trakcie biegu narodziły się pomysły na nowe wyzwania, które wkrótce zacznę wcielać w życie. Pewnie tak na zawsze nie zostawię tej Białej Góry, która zachwyciła mnie swoim pięknem i kiedyś pewnie wrócę na UTMB, czyli Mont Everest biegów ultra. Moje córeczki już zapowiedziały, że kiedyś pobiegniemy razem. Bez względu na to, czy tak się stanie, ta ich radość z tego, że dobiegłam, ich udział w mini OCC i mini TDS, przeżywanie razem ze mną tych cudownych momentów i zauroczenie Chamonix, było najlepszą nagrodą, jaką sobie mogłam wymarzyć.

 

 

Poprzednia wiadomość
Następna wiadomość
Content