Wiadomości

13 października 2015

Radcowie prawni w Bieszczadach

Drogie Koleżanki i Koledzy! Prezentujemy relację naszej radczyni prawnej Oli Worzały z XII Rajdu Bieszczadzkiego Radców Prawnych. Zapewne, po jej przeczytaniu, wielu z nas zdecyduje się w przyszłym roku na męczącą i długotrwałą podróż po polskich drogach i rekompensujące ten trud wędrowanie bieszczadzkimi szlakami. Zapraszamy do lektury!

Aleksandra Worzała

Po wielu zachwytach nad pięknem Bieszczad, zwłaszcza w porze złotej, polskiej jesieni, podjęłam decyzję o wzięciu udziału, wraz z grupą znajomych, w XII Ogólnopolskim Rajdzie Bieszczadzkim Radców Prawnych. Przeszło 11 godzin tułaczki po drogach pozostawiających wiele do życzenia, zwłaszcza za Radomiem, późnym wieczorem dotarliśmy do celu. Kilkadziesiąt domków górskich położonych w sosnowym lesie, pośrodku polana i niebo zasłane gwiazdami u góry. Wyglądało na to, że miejsce docelowe wynagrodzi trudy podróży. Pierwsza impreza integracyjna odbywała się przy grillu, pod drewnianą wiatą. Jakie było zdziwienie moje i przyjaciół, gdy dochodzące koleżanki i koledzy z okręgowych izb radców prawnych z całej Polski, rzucały się w ramiona i z uśmiechem krzyczały: „Wiesiek, jak super że jesteś”, „Kaśka, ach, miałam nadzieję że przyjedziesz”, „Magda to Ty?”. Widać było, że Ci co byli tu wcześniej, nawiązywali przyjaźnie i chętnie powracali.

Pierwszy wieczór potwierdził przypuszczenia. Każdy z każdym się witał, uśmiechał, zadawał klasyczne pytanie – która Izba, dzięki czemu wiedzieliśmy że są koleżanki i koledzy od Świnoujścia, przez Gdynię, Łódź, Warszawę, Poznań, Śląsk, po gospodarzy z Rzeszowa.

Drugi dzień Rajdu rozpoczęliśmy od zdobycia najwyższego szczytu Bieszczad położonego w Polsce – Tarnicy, liczącej 1.346 m n.p.m. Licząca niecałe 2 godziny wędrówka na szczyt była kontemplacją przyrody – sosnowych lasów, połonin, pojedynczych drzew jarzębinowych. Niebieskie niebo, słońce, 20 stopni zapewniały wymarzone warunki do wędrówek. Wprawdzie na wyższych wysokościach przydatna okazywała się czapka, polar i rękawiczki, ale to tylko urozmaicało trud wspinania. Z Tarnicy pomaszerowaliśmy na Bukowe Berdo liczące 1.313 m n.p.m. a dalej do Mucznego, łącznie 15 km. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym ostatnich 3 km nie pobiegła wraz z Przewodniczącym Komisji Kultury, Sportu i Rekreacji KIRP – Michałem Korwek, dzięki czemu okazało się że oboje morsujemy i grzechem byłoby nie udać się na kąpiel do pobliskiego strumyka, co uczyniliśmy kolejnego dnia rano, namawiając dodatkowo jedną debiutantkę – koleżankę Katarzynę Radosiewicz z Warszawy.

Drugi dzień, przyznaję, wraz z koleżankami z Izby warszawskiej oraz kolegą z OIRP w Gdańsku Michałem Urban, odłączyliśmy się od grupy, która wyruszyła na zwiedzanie Przemyśla i Krasiczyna i pod przewodnictwem Michała, z mapą i kompasem wyruszyliśmy na marsz po leśnej części Bieszczad, poza szlakiem, przed siebie. 14 km wędrówka pozwoliła na zdobycie Dzidowej (713 m n.p.n.), Patryji (782 m n.p.m.) oraz Łysego Wierchu (815 m n.p.n.). Odkryliśmy mnóstwo grobów nieznanych żołnierzy, którzy polegli w 1915 roku. Na większości z nich znajdowały się zardzewiałe saperki. Ujmujący widok. Kilkakrotnie na trasie marszu trafialiśmy na polany, na których z przyjemnością wygrzewaliśmy się na słońcu.

Wieczorem odbyła się uroczysta kolacja w Karczmie nad Jeziorem Solińskim, podczas której zostały przekazane podarunki dla dzieci z placówek wychowawczo-oświatowych Gminy Baligród. Zabawa taneczna trwała do późnych godzin nocnych, przy czym o 7.15 – już 4 osobowa ekipa morsów – rozpoczynała kolejny dzień od kąpieli w potoku, co dawało wspaniałą regenerację ciała i zastrzyk pozytywnej energii na cały dzień.

Ostatni dzień Rajdu upłynął nam na kolejnej 15 km wędrówce, tym razem na Małą i Wielką Rawkę. Zachwyciły mnie lasy jarzębinowe, mieniące się w słońcu soczystą czerwienią i nie mające kresu połoniny. Wspaniale było położyć się wśród traw (mimo bardzo zimnego wiatru) i patrzeć w dal, wyłączyć się całkowicie. Następnie dotarliśmy do Klemenaros, czyli trójstyku granicznego – miejsca gdzie łączy się Polska z Ukrainą i Słowacją. Przyjemnie było posłuchać pana grającego Stare Dobre Małżeństwo, przywitać się z grupą Słowaków, zrelaksować z przyjaciółmi, jedząc kanapki.

Na zakończenie Rajdu, po degustacji win i serów z bacówki, do późnych godzin nocnych śpiewaliśmy przy ognisku.

 

Nie wiem, czy to magia Bieszczad czy fakt, że przebywa się na końcu świata, gdzie trudno o zasięg i nagle liczy się relacja z drugim człowiekiem i tylko ona, ale wyjeżdżając każdy miał odczucie, że chce wrócić tu za rok. I pierwszego dnia kolejnego Rajdu krzyknąć: „Michał to Ty? A gdzie Dorota? Cudownie Was znowu widzieć!”.

Poprzednia wiadomość
Następna wiadomość
Content