Wiadomości

30 lipca 2018

Radca prawny na rowerze – Anna Kluczek-Kollar i Wisła 1200 km

WISŁA 1200

 

„Po raz pierwszy w Polsce gravelowy ultramaraton. Prawie 1200km wzdłuż Wisły – bez wsparcia z zewnątrz. Od źródeł na Baraniej Górze do ujścia w Gdańsku.” Tak swój ultramaraton śladami Wisły opisuje na stronie internetowej www.wisla1200.pl „Ojciec Dyrektor” wydarzenia – Leszek Pachulski. Organizatorem maratonu jest Stowarzyszenie Afryka Nowaka, pomysłodawca rajdu śladami polskiego podróżnika Kazimierza Nowaka, który w latach 30. XX wieku przejechał Afrykę wzdłuż w obie strony.

 

Decyzja o starcie

 

Ojciec Dyrektor namówił mnie na start zachęcając, że to pierwsza edycja i jeśli w niej nie wystartuję to zawsze mi tej pierwszej edycji w życiorysie będzie brakować. Był to argument nie do podważenia. Zmobilizowałam się w ciągu kilku dni, zapisałam, opłaciłam wpisowe, przez Internet kupiłam wszystkie przybory bikepackingowe, których mi jeszcze w moim ekwipunku brakowało. Decyzja została podjęta, odwrotu nie było, choć przed samym rajdem przytrafiła się mi infekcja zatok. Na szczęście szybka pomoc przyjaciółki w postaci antybiotyku pozwoliła mi ruszyć na trasę – według niektórych jechałam „na dopingu”. Sama myśl o rezygnacji była przecież nie do pomyślenia!

 

Sprzęt

 

Dzień przed startem, 5 lipca przyjechałam do schroniska Przysłop (niedaleko miejscowości Wisła), skąd maraton miał startować. Szybko przygotowałam rower, bo wcześniej ćwiczyłam ekonomiczne pakowanie sakw kilkakrotnie w domu. Udało mi się sprawnie umieścić całość ekwipunku na ramie roweru. Walczyłam o każde kilka gramów, nawet ręcznik z mikrofibry przecięłam na pół, bo połowa była przecież lżejsza i zajmowała mniej przestrzeni w sakwie – kosmetyczce zawieszonej na ramie. Wybrałam bikepackingową opcję „pośrodku”, czyli wyposażyłam się w ekwipunek do spania pod chmurką, ale nie zabierałam innego sprzętu biwakowego, typu kuchenka, palnik, menażka, sztućce etc., choć wśród uczestników maratonu można było spotkać także zwolenników tej pełnej wersji rajdowania. Łączna waga roweru i mojego bagażu wyniosła około 19 kg. Brawo ja!

 

Przed strzałem startera…

 

Ojciec Dyrektor i schronisko Przysłop przyjęli uczestników maratonu bardzo gościnnie. Wieczorem 5 lipca mogliśmy „ładować węgle” podczas pasta party, a na drogę dostaliśmy jeszcze mega kanapki – wszystko w ramach wpisowego. Podczas odprawy technicznej dowiedzieliśmy się o aktualnym stanie trasy, czasach funkcjonowania promów na Wiśle i Dunajcu, ale również o tym, że na mecie w Gdańsku, od poniedziałku będzie czekał na nas komitet powitalny urzędujący w dużym, białym namiocie na Wyspie Ołowiance, witający nas ciepłą herbatą i posiłkiem. Znam takich, których ten obiad na mecie motywował do jazdy ostatniego dnia;-).

 

Przysłowiowy „wystrzał startera” usłyszałam o 8.00 w Przysłopie i zaczęłam swoją przygodę Wisła 1200. Ruszyłam sama, ale jak później się okazało kompanów wspólnego kręcenia na trasie mi nie zabrakło.

 

Trasa

 

Wisła, rzeka która niezbyt wartko płynie ze swoich źródeł na południu Polski, do ujścia na Wyspie Sobieszewskiej. Źródła rzeki znajdują się na wysokości 1107 m n.p.m. (Czarna Wisełka) i 1080 m n.p.m. (Biała Wisełka), na zachodnim stoku Baraniej Góry w Beskidzie Śląskim. Stamtąd Wisła pokonuje podobno 1023,5 km, co czyni ją najdłuższą rzeką w Polsce. Dolina Wisły przebiega przez wiele kompleksów leśnych (np. Puszczę Sandomierską), a rzeka przepływa przez różne obszary chronione. Na trasie co i rusz mijaliśmy tablice z napisem „Obszar Natura 2000”, co czyni okolice Wisły rejonami z widokami zapierającymi dech w piersi. Galeria zdjęć trasy maratonu jest dostępna pod linkiem http://wisla1200.pl/galeria-zdjec/.

 

Trasa Wisły 1200 została wielokrotnie sprawdzona przez organizatora. Sam Ojciec Dyrektor objechał ją kilkakrotnie w różnych porach roku. Dzięki temu jej kształt bardzo wiernie kopiuje bieg koryta rzeki. Jechaliśmy wiele kilometrów przy samym brzegu Wisły lub bardzo blisko. Na nudę na trasie nie można było narzekać. Całą naszą trasę można obejrzeć pod linkiem http://wisla1200.pl/trasa-rajdu/ (podpowiadam, że warto przy tym włączyć opcję Google Earth).

 

Śledzenie kropek

 

Kibice mogli śledzić nasze poczynania dzięki systemowi trackcourse dostępnemu pod adresem http://event.trackcourse.com/view/wisla-1200-2018. System pozwala na bieżąco monitorować pozycję zawodnika na trasie. Każdy został wyposażony w mały nadajnik GPS i dzięki temu stawał się kolorową, poruszającą się na mapie kropką. Tzw. „dots watching” – „śledzenie kropek” pozwala aktywnie uczestniczyć w wyścigu i zagrzewać do dalszej walki.  Czasem zdarzają się sytuacje zabawne, bo kropki zaczynają wędrować nawet do kilku kilometrów od trasy, co okazuje się najczęściej błędem nadajnika. Kropka jednego z zawodników Wisła 1200 pływała sobie w najlepsze po Jeziorze Goczałkowickim (zaczęliśmy już myśleć, że ktoś zamienił zwykły rower na rower wodny), a ja podczas całego wyścigu co najmniej kilkakrotnie kąpałam się w Wiśle razem z rowerem.

 

 

Dzień 1 – Wały wiślane

Trasa: Przysłop, Wisła – Oświęcim – Kraków

 

Pierwszy dzień maratonu upłynął pod znakiem „wałów”. Dosłownie! Wszyscy chyba zapamiętają przedzieranie się wałem wzdłuż rzeki przez trawę sięgającą brody (lub co najmniej ramion u wyższych osobników), tam gdzie nie została ona skoszona i miejscami, gdzie tak wysokiej trawy nie było – jazdę po ubitej ścieżce wału przypominającą jazdę po starym bruku. Wytrzęsło nas potwornie, niemalże jak peleton na trasie wyścigu Paris – Roubaix, ale humory wszystkim uczestnikom dopisywały, najwidoczniej wyszliśmy z założenia, że „co nas nie zabije, to wzmocni”.

 

Ciekawym punktem na mapie naszej trasy było Jezioro Goczałkowickie. Jest to w zasadzie zbiornik zaporowy na Wiśle utworzony w 1956 roku przez spiętrzenie wód rzecznych zaporą w Goczałkowicach-Zdroju w województwie śląskim. Okolice zbiornika są miejscem lęgowym wielu gatunków ptaków. Na trasie naszego wyścigu znalazła się asfaltowa korona zapory – część spacerowo – rekreacyjna udostępniona turystom. Chwila tego gładkiego asfaltu pozwoliła odpocząć rękom, wreszcie dając też możliwość oderwania wzroku od nawierzchni (jazda po wałach wiślanych wymagała skupienia i wytężonej uwagi, żeby nie wpaść w zbyt głęboką dziurę).

 

Po drodze w ramach rajdowej „lekcji historii” mijałam obóz koncentracyjny Auschwitz – Birkenau, a wjeżdżając do Krakowa od strony zachodniej podziwiałam zalaną zachodzącym światłem piękną panoramę Opactwa Benedyktynów w Tyńcu.

 

Na kilkadziesiąt kilometrów przed Krakowem niestety nie udało się uniknąć deszczu, który zmoczył mnie niemiłosiernie. „Ostrzeliwana” przez burzę przesiedziałam godzinę z grupką innych uczestników pod mostem w Jankowicach. Dzięki temu poznałam tam kompanów mojej dalszej przygody: Marcina, Maćka i Krzyśka. Dalej jechaliśmy już razem, można powiedzieć, że dobraliśmy się jak w korcu maku. Nasza ekipa w połowie reprezentowała Śląsk – Południe, a w połowie Pomorze – Północ – nawiązaliśmy tym samy do samej trasy Wisły 1200, od źródeł do ujścia. Połowa z nas jechała do domu, a druga połowa od niego się oddalała z każdym kilometrem trasy.

 

Do miasta Kraka – legendarnego Smokobójcy, pogromcy smoka wawelskiego wjechaliśmy wieczorem po godzinie 21:00. Postanowiliśmy, że tego dnia zatrzymamy się w zachodniej części Krakowa, a Wawel zostawimy sobie na rano dnia następnego. Szybko udało się odnaleźć kemping, rozłożyć namioty i zakopać w śpiwory, żeby zyskać siły na kolejne kilometry, które zamierzaliśmy przejechać w sobotę.

 

Pierwszego dnia udało się pokonać dystans 185 km.

 

Dzień 2 – Asfalty

Trasa: Kraków – Szczucin – Połaniec

 

Kolejny dzień wyścigu spędziliśmy w znacznej mierze na wałach wiślanych – tym razem wyasfaltowanych i drogach asfaltowych. Rano odwiedziliśmy brzeg Wisły, z którego krótko podziwialiśmy Wawel.  Dalsza część trasy biegła głównie Wiślaną Trasą Rowerową (https://www.malopolska.pl/narowery/trasyrowerowe/velomalopolska/wislana-trasa-rowerowa).

 

Atrakcją numer jeden tego dnia okazał się prom na Dunajcu z Wietrzychowic do Siedliszowic – jeden z promów śródlądowych w Polsce. Udało się od Pana obsługującego prom wyciągnąć informację, że 700 metrów od trasy wyścigu znajduje się pizzeria. Akurat przyszedł czas na ładowanie „składników odżywczych”, więc nie omieszkaliśmy skorzystać z tej opcji. Na prom wjeżdżaliśmy razem z ekipą zawodników na fatbike’ach, ale oni pognali dalej „łykać” kilometry. Tego „asfaltowego” dnia trasa dała im wycisk – grube ponad 4 cale opony kleiły się do drogi, a i temperatura nie ułatwiała zadania, było ponad +30stC.

 

Atrakcja numer dwa na trasie to „niewinnie” wyglądający sklep – w miejscowości, której nazwy nie pamiętam. Jak tylko przystanęliśmy, dopełniając nasze szybko znikające zasoby wody i innych płynów, zagadała do nas czwórka przyjaciół. Panowie spędzali leniwą niedzielę na schodach odwiedzanego przez nas przybytku i popijali miejscowy „nektar” (piwo) zagryzając go lokalną „ambrozją” (kiełbasą). Skojarzenie ze znanym w Polsce serialem było nieuchronne, tym bardzie, że Panowie filozoficznie i metaforycznie zastanawiali się nad określeniem kobiety – kolarza. Ostatecznie po kilku minutach osądzili, skoro mężczyzna to kolarz, kobieta nie mogłaby być kimś innym jak tylko „kolarzówką”. Tak więc trzech kolarzy i kolarzówka pojechali dalej zostawiając rechoczących Panów.

 

Niedaleko Połańca na krótko zjechaliśmy nad brzeg Wisły, Ojciec Dyrektor zadbał, abyśmy nie znudzili się zbytnio monotonią nawierzchni i poprowadził nas nad samiuśkim brzegiem. Okazało się nawet, że – jak donosili nasi kibice – czasem nasze kropki płynęły wtedy korytem rzeki.

 

Nocowaliśmy w Połańcu po przejechaniu około 165 km. Tym razem postawiliśmy na agroturystykę.

 

Dzień 3 – Podjazdy i zjazdy

Trasa: Połaniec – Sandomierz – Zawichost – Puławy

 

Trzeci dzień maratonu powitał nas chmurami. Chmur było sporo, a wokoło nas formowały się burzowe cumulonimbusy. Za Połańcem skręciliśmy koło Elektrowni Enea i zaraz dosięgły nas pierwsze krople deszczu. Z wału w Nakolu zjeżdżaliśmy już w strugach, uciekając przed błyskawicami. Taka aura towarzyszyła nam w zasadzie do samego Sandomierza, więc zaliczyliśmy prawie 3 godziny w rzęsistym deszczu. Przemoczeni i ubłoceni dopadliśmy stacji benzynowej na obrzeżach miasta. Na szczęście udało się umyć rowery i nasmarować łańcuchy, sprawdzić klocki hamulcowe. Bieżąca, aczkolwiek doraźna konserwacja sprzętu podczas takiego maratonu jest niezwykle istotna, pozwala uniknąć większych awarii, m.in. zerwanych łańcuchów, czy jazdy na klockach bez okładzin.

 

Za Sandomierzem czekał nas rezerwat – tzw. „Pieprzówki”, czyli Góry Pieprzowe. Ukształtowanie terenu każe ten obszar nazywać „wzgórzami”, a morfologia – krawędzią doliny Wisły. Pieprzówki znane są z łupków powstałych jako osady w morzu kambryjskim ok. 500 mln lat temu (!).  Łupki te rozpadają się w procesie wietrzenia w taki sposób, że zwietrzelina barwą i kształtem przypomina ziarna pieprzu. Przez góry przechodzi szlak turystyczny czerwony szlak turystyczny z Gołoszyc do Piotrowic. Pieprzówki dały nam się we znaki, oj dały! Nie tylko nam zresztą, prawie w każdej relacji z trasy pojawia się fragment o podejściu pod Góry Pieprzowe. Podejście było strome, a ja miałam wrażenie, że mój na pozór wcale lekki rower ważył chyba z tonę. Moi towarzysze mieli jeszcze gorzej, bo wciągali rowery nawet o kilkanaście kilogramów cięższe. Na szczęście widok z góry wynagrodził nam krople potu na czole i mozolne wciąganie sprzętu z sakwami.

 

Po niedługim odpoczynku i uspokojeniu oddechu, zjedzeniu paru (albo może i parunastu) wiśni z pobliskiego sadu popędziliśmy w dół. Przyjemnie było poczuć wiatr we włosach, a przy okazji dokonać operacji zmiany skarpet na suche podczas jazdy, rodem z wyścigów kolarskich. Dalej było już tylko lepiej, kręciliśmy „ile fabryka dała”, bo trzeba było wykorzystać asfalty do nadrobienia zgubionego w Pieprzówkach czasu. Zaliczyliśmy krótki przystanek obiadowy w Zawichoście na „rynku”, niedaleko obelisku upamiętniającego bitwę pomiędzy wojskami Polskimi a Rusińskimi. Wojska Leszka Białego odniosły tam 19 czerwca 1205 r. zwycięstwo nad siłami Księstwa Halicko-Wołyńskiego. A to był taki niepozorny obelisk…

 

Dalsza droga wzdłuż granicy Województw Świętokrzyskiego i Lubelskiego wiodła przeważnie asfaltami, więc nadrabialiśmy, starając się jechać dobrym, równym tempem. Wyhamowały nas trochę kilkuprocentowe podjazdy, ale zaraz potem odzyskiwaliśmy na zjazdach. Trasa wiodła przez malownicze sady, głównie wiśniowe i pola zbożowe. Niedaleko miejscowości Żabno wjechaliśmy do Województwa Mazowieckiego, co od razu zmieniło charakter ukształtowania powierzchni – zaczęło się robić płasko. Pochodzę z Mazowsza, więc „zapachniało” mi dzieciństwem i rowerowymi wyprawami sprzed lat. Na drodze w kierunku Kępy Gostecko – Kłudzkiej, na jednym z nielicznych mazowieckich zjazdów, prawie zderzyliśmy się z Marcinem przy prędkości ponad 40 km/h, ale że „prawie robi wielką różnicę” obeszło się bez połamanych kończyn i pewnie innych niewesołych obrażeń.

 

Przez Janowiec przemknęliśmy wyścigowym tempem, a więc nie było czasu podziwiać tej pięknej nadwiślańskiej miejscowości. Janowiec leży na skraju Małopolskiego Przełomu Wisły oraz trójkąta turystycznego: Puławy – Kazimierz Dolny – Nałęczów, przy ujściu Plewki do Wisły, połączony jest przeprawą promową z Kazimierzem Dolnym. Widzieliśmy, że kilku zawodników skorzystało z pobliskiej oferty restauracyjnej, przyszło nam tylko pożyczyć im „smacznego”. Widzieliśmy też, że uda nam się jedynie rzucić okiem na janowicki Zamek wybudowany przez Mikołaja i Piotra Firlejów w XVI w. Czas nas gonił, do Puław mieliśmy jeszcze trochę ponad 10 km, ale brzegiem Wisły. Trasa była po deszczu bagnista i trudna technicznie, czekał nas jeden z odcinków mtb Wisła 1200. Maćkowi, który jechał na rowerze mtb ten fragment bardzo przypadł do gustu. Ja, siedząc na siodełku roweru przełajowego też nie narzekałam. Gorzej mieli się Marcin i Krzysiek, którzy na Wisłę 1200 wybrali się na rowerach trekingowych. Ostatecznie skończyło się złamaniem wspornika siodła u Krzyśka, taki rajd musiał mieć swoje konsekwencje, nie jechaliśmy tam, ani ostrożnie, ani powoli. Zdecydowaliśmy, że ja i Maciek pognamy szybciej na kemping w Puławach, żeby jeszcze udało się nam zastać obsługę, a reszta ekipy będzie jechać wolniej. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy i dzięki temu już w komplecie po godzinie 21:00 rozbijaliśmy namioty, zażywaliśmy prysznicowej odnowy biologicznej i napełnialiśmy żołądki kolacją ugotowaną przez Marcina – człowieka orkiestrę.

 

Na kempingu w Puławach spotkaliśmy też znaczną część peletonu Wisła 1200. Dyskusje „wiślaków” rozgrzewał temat pytona tygrysiego. Koło Konstancina – Jeziornej znaleziono bowiem 6 – metrową wylinkę tego gada. Co prawda prasa donosiło o wężu na brzegu Wisły, po którym mieliśmy nie jechać, ale mój kolega z pracy, przejęty tym wydarzeniem, przestrzegał, aby nie nocować przy Wiśle, bo pyton tygrysi umie bardzo dobrze pływać (à propos, pytona nie znaleziono do tej pory, mimo poszukiwań zakrojonych na szeroką skalę, ale odkryto przy okazji dowody, że przedostał się do Wisły).

 

Na koniec podaję jeszcze dane statystyczne. Do Puław z Połańca wyszło nam  koło 180 km.

 

Dzień 4 – Piachy i płyty

Trasa: Puławy – Dęblin – Góra Kalwaria – Warszawa

 

Poranek dnia czwartego maraton zaczęliśmy od wizyty u mechanika rowerowego. Krzysiek musiał zreperować siodło, a Maciek – kasetę, która od dwóch dni wydawała odgłosy przyprawiające nas o przerażenie. Na szczęście w obu przypadkach obeszło się bez wielogodzinnych napraw i koło 10:00 byliśmy gotowi pędzić dalej (serwis rowerowy otworzyli niestety dopiero o 9:00). Opóźnienie miało swoje konsekwencje, reszta peletonu od kilku godzin pedałowała w najlepsze. Nie było wyjścia, trzeba było podkręcić tempo i gonić. Plan ułatwiły nam na początku asfalty. W Dęblinie przejechaliśmy mostem na prawy brzeg Wisły, przekraczając jednocześnie granicę Województwa Mazowieckiego i Lubelskiego.

 

Za Górą Kalwarią zjechaliśmy już praktycznie nad Wisłę. Trasa wiodła różnymi drogami, ale najwięcej było wąskich „single track’ów” nadających się znów na rower mtb. Wymagający teren, pot i łzy wynagrodziły nam widoki Wisły przy promieniach zachodzącego słońca. Na dzikich plażach bawili się ludzie (albo nieświadomi albo ignorujący informacje o 6 – metrowym gadzie w Wiśle). My co sił w pedałach zasuwaliśmy do Warszawy, co i raz zjeżdżając lub podjeżdżając pod wysokie skarpy (tak naprawdę tę technikę opanował głównie Maciek, który wspinał się mtb objuczonym sakwami na prawie pionowe dwu – metrowe podjazdy – ja byłam pod wrażeniem).

 

W Warszawie na nadwiślańskiej miejskiej ścieżce spotkaliśmy naszego Kibica nr 1 – Grażyna wyjechała nam na spotkanie koło godziny 23:00…. na rowerze! Jak widać stara przyjaźń nie rdzewieje, bo Grażynę znam jeszcze ze szkoły średniej, a na takiej trasie jak Wisła 1200 człowiek docenia prawdziwych kibiców, którym i noc nie straszna. Jadąc kilka kilometrów razem, dynamicznie lawirowaliśmy pomiędzy rozbawionymi Warszawiakami i turystami spędzającymi wieczór nad Wisłą.

 

Tego dnia udało się nam jeszcze przejechać Warszawę i wylądować na nocleg po jej północnej stronie w Tarchominie. Przebyliśmy łącznie jakieś 185 km.

 

Dzień 5 – Piachy i leśne drogi

Trasa: Warszawa – Nowy Dwór Mazowiecki – Wyszogród – Płock

 

Ten dzień chciałabym zapomnieć. Dopadł mnie największy kryzys na trasie, ale chyba nie tylko mnie. Chłopaki również mieli dosyć.

 

Rano nic nie zapowiadało katastrowy. Wystartowaliśmy z Tarchomina „ekspresem”, dość płynnie i szybko pokonaliśmy trasę od 522 km Wisły wiodącą po wałach niemalże do Nowego Dworu Mazowieckiego. Tym razem wały były ubite i równe, co ułatwiało utrzymanie jednostajnej prędkości.

Tak blisko domu rodzinnego nie byłam już nigdy na trasie Wisły 1200. Niestety w czasie wyścigu moja cała rodzina wyjechała na wakacje i nikt nie mógł być bezpośrednio na trasie. Na szczęście wspierali mnie bardzo dzielnie online.

 

Chwilę dłużej spędziliśmy w Modlinie podziwiając tamtejszą Twierdzę. Twierdza Modlin stanowi wielokrotnie rozbudowywany zespół umocnień i zawiera w sobie elementy fortyfikacji francuskiej, rosyjskiej i polskiej. Na terenie fortecy znajduje się najdłuższy w Europie budynek – będący koszarami wojskowymi – liczący 2250 m długości! Najdłużej nasz wzrok przyciągał wyeksponowany spichlerz nad Narwią usadowiony na przeciwnym brzegu tej mazowieckiej rzeki.

 

Przekonaliśmy się też, że są na tym świecie jeszcze dobrzy i bezinteresowni ludzie. Cała rodzina mieszkająca na trasie Wisła 1200 zmobilizowała się i przygotowała dla „wiślaków” stanowisko z wodą. Relacjonowali nam, że śledzili kropki i wychodzili zawsze, kiedy ktoś nadjeżdżał.

 

Przerwę w pogoni za peletonem zrobiliśmy sobie w Wyszogrodzie. Dopadł nas tam upał i postanowiliśmy trochę odpocząć, żeby nabrać sił. Wyszogród, dziś niewielkie miasteczko z 3 tysiącami mieszkańców, kiedyś był miastem królewskim Korony Królestwa Polskiego.

 

Tak jak pisałam wcześniej, dzień piąty dał nam mocno w kość. Tempo naszej ekipy spadało na wałach, jechaliśmy po piachu, dziurawych płytach i leśnych drogach, pod wiatr w dość wysokiej temperaturze, ale to aura głównie przyczyniła się do obniżenia średniej prędkości, bo nawierzchnia nie odbiegała znacznie od tego, czego doświadczyliśmy do tamtej pory od początku maratonu. Co jakiś czas tasowaliśmy się z pozostałymi zawodnikami, jedni jechali szybciej, inni zostawali, dłużej odpoczywając.

 

W Płocku uciekł nam środek peletonu, bo tam postanowiliśmy zakończyć piąty dzień naszej przygody. Przejechaliśmy zaledwie 120 km i nie byliśmy z siebie dumni. Noclegowaliśmy blisko centrum, co pozwoliło na chwilę luzu, porządny posiłek i dłuższe posiedzenie. Przy okazji udało się mi zamanifestować krótko moje poparcie dla Łańcucha Światła i Wolnych Sądów. Brawo Płock!

 

Dzień 6 – Dziki kemping i płaczące niebo

Trasa: Płock – Włocławek – Toruń – Ostromecko – Chełmno

 

Wyjeżdżając rano z Płocka podziwialiśmy – jak zwykle przez ułamek sekundy – piękną panoramę Wisły i Zamku książąt mazowieckich w Płocku – gotyckiej budowli wzniesionej przez Kazimierza Wielkiego, siedzibie książąt mazowieckich do końca XV wieku. Płock to kolejne na naszej drodze niegdysiejsze miasto królewskie Korony Królestwa Polskiego. Dalej objeżdżając Zalew Sobótka wyjechaliśmy z Płocka.

 

Na 661 km rzeki Wisły, gdzieś po drodze, spotkaliśmy naszego kibica nr 2. Pani stała na szutrowej drodze i witała nas powiewając polską… banderą. Ta bandera wlała we mnie pozytywną energię i dobry nastrój, bo pierwszy raz na trasie poczułam, że Gdańsk już niedaleko!

 

Trasa prowadziła nas jakiś czas drogą wojewódzką numer 562. Spotkaliśmy kolegów z Kuźni Triathlonu  i jakiś czas jechaliśmy razem. Udało się nam też w tej mini grupie ucieczkowej urwać kilku maruderów. Marcin podkręcił tempo i ciężko było utrzymać się mu na kole, aż do momentu kiedy rozgrzały mi się „czworogłowe”. Poszło lepiej, ale…

 

W którymś momencie skończyły się żarty i zaczęły się schody, parafrazując generała Bolesław Wieniawa – Długoszowskiego – pierwszego ulana II RP, który, jak głosi anegdota, powiedział powyższe słowa stając na swym koniu przed schodami restauracji Adria, po tym kiedy założył się z kolegami, że wjedzie po schodach na koniu na pierwsze piętro hotelu Bristol w Warszawie (udało mu się!). Naszymi schodami okazały się piachy, najpierw w Województwie Mazowieckim, a potem Kujawsko – Pomorskim. Miałam wrażenie, że kiedy przejechaliśmy granice województw konsystencja piachów się zmieniła i stała się bardziej miałka i sypka. Na początku było gorąco i sucho wtedy piach przypominał plażę, potem zaczęło padać i plaża zmieniła się w grzęzawisko. Po drodze mijaliśmy wieś Stary Bógpomóż, której zielona tablica z nazwą wyłoniła się nam zaraz po wyjechaniu z piachów i wjazdu na asfalt. Stary Bógpomóż  okazał się bardzo pomocny, choć na krótko. Taki los, taka trasa.

 

Do Torunia poszło nam niemalże jak po sznurku, z krótkim i łatwym etapem mtb nad Wisłą. Zjechaliśmy z trasy, żeby uzupełnić „węgle”, ale dla odmiany zamiast makaronu, naszej stałej diety, były pierogi. W Toruniu trochę zamarudziliśmy i dopiero po godzinie 18:00 mijaliśmy święty przybytek innego, niż kierownik naszego maratonu polskiego Ojca Dyrektora. Nie zdążył wyremontować drogi na nasz przejazd, więc nie poświęciliśmy mu dużo czasu i nie daliśmy na tacę. Gdzieś niedaleko ogródków działkowych, przy których chcieliśmy śmignąć po ubitej żużlowo – piaskowej drodze, Krzyśkowi w tylną oponę roweru wbił się kilkucentymetrowy gwóźdź. Szybka narada, osiem zaangażowanych rąk i dętka została zmieniona w kilka minut. Pędziliśmy dalej, połykając kilometry.

 

W zasadzie cały dzień moczył nas mały deszcz, ani nie przeszkadzał, ani nie pomagał, ale apogeum miało dopiero nadejść. Na kilkadziesiąt kilometrów przed Chełmnem zaczęła się burza. Na dodatek musieliśmy zostawić za sobą Maćka, którego na trasie zatrzymała telekonferencja. Gonił nas już potem do miejsca naszego noclegu. Podobnie Marcin, kiedy za Ostromeckiem musiał w strugach deszczu zmienić baterie w przedniej lampie. Na punkt widokowy Góry Zamkowej w Starogrodzie wspinaliśmy się już w nocy. Cały czas woda lała się z nieba, a więc na drewnianych schody będących kulminacją podejścia jeździło się jak na łyżwach. W tym miejscu, po sprawdzeniu zegarków uznaliśmy, że pora szukać miejsca do spania. Wypatrzyłam wiatę chronioną słomianą strzechą i wokół niej ozdobne domki jak dla krasnoludków. To nie były halucynacje, bo te zaczynają się u mnie mniej więcej po dwóch dobach bez snu. Uznaliśmy, że uda się nam pod wiatą na sucho rozłożyć namioty, a potem przenieść je stopniowo na trawę. Po blisko godzinnej operacji stawiania masztów, wszystkie prowizoryczne domy stały gotowe. Pozostało nam tylko zwinąć się w kłębek i w dość wilgotnej atmosferze iść spać. Jak na złość właśnie wtedy puściła łata na moim materacu – spędziłam noc na twardej podłodze, ostatecznie jednak przespałam jej znaczną część.

 

Przedostatniego, mokrego dnia naszego wyścigu przejechaliśmy blisko 190 km.

 

Dzień 7 – Niebo spada nam na głowę

Trasa: Chełmno – Świecie – Gniew – Tczew – Wyspa Sobieszewska – Gdańsk

 

Nasz poranek zaczął się o 6 rano. Ja, Krzysiek i Marcin złożyliśmy namioty i po kolei, najpierw ja, potem Marcin z Krzyśkiem wyruszyliśmy na metę w Gdańsku. Maciek, jak co rano zresztą, postanowił dłużej pospać i musiał nas gonić. Przemknęliśmy tylko przez Kołdus, w który niegdyś na górze św. Wawrzyńca znajdował się pierwotnie gród chełmiński, a potem przez kilka minut podążaliśmy szlakiem turystycznym przez tamtejszy rezerwat przyrody.

 

Chełmno przywitało mnie, a potem chłopaków śniadaniem i kawą w sklepie koło rynku. W mieście spotkałam kilka osób z peletonu Wisła 1200. Pogadaliśmy przy kawce i bułce z parówką;-). Warto wspomnieć, że nazwa tego miasta jest bardzo stara i ma charakter topograficzny – pochodzi od słowa „chełm”, oznaczającego „wzgórze”. Chełmno – to dosłownie osada na wzgórzu, co oznaczało dla nas podjazd.

 

Przy okazji okazało się, że klocki hamulcowe w rowerze Marcina nie wytrzymały trudów dnia poprzedniego i trzeba było je pilnie zmienić – rower bez zdolności hamowanie był bezużyteczny. To zatrzymał nas na dłużej w Świeciu. Jeździliśmy tu i tam szukając serwisu rowerowego. Okazało się, że jaki byśmy nie znaleźli trzeba było na otwarcie czekać do 10:00. Podjęliśmy szybką decyzję o podziale ekipy i dalej ruszyłam na trasę sama z Krzyśkiem. Marcin został w serwisie, potem dobił do niego Maciek i po błyskawicznej wymianie klocków hamulcowych pędzili już za nami. Chcieliśmy ekspresem, ale wyszło… Cóż, czarny szlak turystyczny za Świeciem ostudził nasze gorące głowy, myślami będące już na mecie. Po całej dobie deszczu szlak był grząski i bardzo śliski, a na dodatek trzeba było taszczyć rowery pod strome podjazdy. Kwieciście przeklinając Ojca Dyrektora posuwaliśmy się mozolnie do przodu. Wyjazd na asfalt w Sartowicach przywitaliśmy z nieukrywaną radością, w tym miejscu mnie i Krzyśka dogonili Marcin z Maćkiem.

 

Tempem wyścigowym minęliśmy Cytadelę Twierdzy Grudziądz z XVIII w., zwanej przez Niemców Twierdzą Courbiere’a, wybudowaną z rozkazu króla Prus Fryderyka II, która majaczyła nam bardzo niewyraźnie na prawym brzegu Wisły.

 

Przed miejscowością Nowe zaliczyłam klasyczne OTB („over the bar”), czyli lot przez kierownicę w kierunku pobocza, na szczęście trawiastego. Chłopaki przestraszyli się nie na żarty, ale ja chcąc udać, że trzymam fason, wyczyściłam ubraną tego dnia koszulkę Wisła 1200 pozornie lekceważącym ruchem i wsiadłam na rower, starając się ukryć drżenie rąk. OTB to nic przyjemnego, jeśli walisz z całej siły barkiem i częścią brody w ziemię. Nie było jednak czasu na rozmyślanie nad beznadziejnością tej sytuacji, nic nie złamałam, krew nie leciała, więc wołałam zostawić wszystko za mną. Ultra to ultra.

 

Za miejscowością Kozielec wjechaliśmy w Pomorskie i Ojciec Dyrektor znów zadbał o to, aby nudy na trasie nie było. Wdrapaliśmy się zatem, trochę tylko tym razem przeklinając organizatora, na wieżę widokową Małe Wiosło. Był widok, była fotka i był zjazd w rezerwat przyrody.

 

Droga do Gniewu wiodła wśród malowniczych pól i aż chciało się robić zdjęcia, w tym miejscu tempo wyścigowe musiało ucierpieć. Niemniej szybko i sprawnie dotarliśmy do Zamku Gniew. Jest to jeden z zamków zbudowanych na Pomorzu przez Zakon krzyżacki, wzniesiony na planie czworoboku po 1290 roku. Trasa wiodła przez kompleks zamkowy więc było na co popatrzeć. Za Gniewem wyskoczyliśmy na asfalt, ale już do Tczewa poprowadziła nas droga koło wałów.

 

No i wtedy niebo spadło nam na głowę (chyba jako kara za przeklinanie Ojca Dyrektora). Na wałach wiślanych do Tczewa aura nas nie rozpieszczała. Nocą przyjechaliśmy na Wyspę Sobieszewską i osiągnęliśmy ujście Wisły. Ta dam! Tyle zdążyliśmy powiedzieć, i uciekaliśmy stamtąd w te pędy, bo na prawym brzegu rzeki uformowała się chmura burzowa zmierzająca w naszą stronę z dużą prędkością. Błyskawice oświetlały nam drogę przez las w stronę Sobieszewa. Drogę do Gdańska zapamiętam jako jazdę w  jednej wielkiej kałuży. Od jakiegoś czasu nad Gdańskiem mamy zjawisko atmosferyczne, które kiedyś zostało nazwane „deszczem stuletnim”, a dziś zdarza się kilka razy w roku, kiedy w krótkim okresie czasu spada naraz dużo wody. Jadąc do Gdańska za mostem w Sobieszewie cały czas miałam wrażenie, że moczy mnie „deszcz stuletni”, od góry i od dołu. W takiej aurze dojechaliśmy do mety pokonując tego dnia ponad 180 km.

 

Tam z emocji zrobiło mi się znacznie cieplej, na Długich Ogrodach jechał za nami wóz techniczny z kibicami, potem przy napisie „Gdańsk” na Wyspie Ołowianka zerwały się oklaski i okrzyki. Moim wierni kibice przyszli z szampanami i kwiatami. Co za powitanie! Nigdy tego nie zapomnę. Na mecie zjawił się też mój mąż i zaspany 9 – letni syn.

 

Zrobiliśmy to! Meta osiągnięta 37 minut po północy, z czwartku na piątek, w łącznym czasie blisko 161 godzin. Ojciec Dyrektor uścisnął moją rękę, uścisnął mnie, poklepał po plecach i na szyi zwiesił złote kalesony, czyli medal „finiszera” ultra maratonu gravelowego Wisła 1200. Chłopaki odebrali swoje medale i mogliśmy rozpocząć opowieść o najciekawszych momentach wyścigu.

 

Pierwsza edycja Wisła 1200 dobiegła końca, a ja planuję już udział w kolejnej.

 

Ania Kluczek-Kollar

 

Zdjęcia: Anna Kluczek-Kollar i Marcin Blaszczok

 

Poprzednia wiadomość
Następna wiadomość
Content