Wiadomości

4 czerwca 2017

Radca prawny na Niedźwiedzim Szlaku

IMG_6677W dniu 27 maja 2017 roku spełniło się moje kolejne biegowe marzenie. Tego dnia zmierzyłam się ze Szlakiem Niedźwiedzi (Karhunkierros), pokonując 85 km. Droga do niego rozpoczęła się kilka miesięcy wcześniej, kiedy zobaczyłam krótki film, reklamujący tą imprezę. Wtedy pomyślałam, że chcę zobaczyć te widoki na żywo. Niestety nie zdążyłam się zarejestrować, więc któregoś wieczoru postanowiłam napisać do organizatorów i przekonać ich, że powinnam jednak wziąć udział w tym wydarzeniu. Byłam bardzo szczęśliwa, kiedy się zgodzili, ale jednocześnie trochę przerażona, bo nieznany teren, klimat.

Na miejsce przyjechałam kilka dni wcześniej i okazało się, że w okolicach IMG_6686Kuusamo nadal jest zima i pada śnieg. Obserwowałam prognozę pogody i wynikało z niej, że w dniu biegu mogą być ujemne temperatury, a dodatkowo może padać śnieg. Podeszłam do nich dosyć optymistycznie, bo przecież zwykle aura mi sprzyja. Z profilu trasy wynikało, że zwłaszcza druga połowa trasy jest ciężka i trzeba nastawić się na strome podbiegi. Wiedziałam, że nie mogę zacząć zbyt szybko. Kilka godzin przed moim startem zmagania z trasą rozpoczęli zawodnicy na dystansie 160 km. Moje ultra rozpoczęło się w momencie, gdy żegnałam ich na starcie wzrokiem. Kiedy widziałam zaśnieżony szczyt przed nimi, dotarło do mnie, że łatwo nie będzie.

Mój start był następnego dnia o godz. 7.00. Wcześniej jeszcze dojazd autokarem na linię startu do miejscowości Hautajärvi. Stawiło się tam około 300 biegaczy, z charakterystycznymi plecakami, kijkami i w butach terenowych. Przed startem krótka rozgrzewka, wymiana kilku zdań z innymi ultrasami. Pierwsi zawodnicy ruszyli w tempie, jakby to było 10 km, a ja razem z nimi. Trudno w takiej chwili zachować rozsądek, ale na szczęście po kilkuset metrach spojrzenie na zegarek i pojawiała się myśl – to nie 10 km, to nawet nie maraton! Muszę mieć siły na dwa maratony i te górki! Zwolniłam do tempa 5:40/km. W lesie było dużo korzeni i kamieni, a do tego od razu okazało się, że część trasy prowadzi przez bagna. Po niecałej godzinie już miałam mokre buty, bo nie dało się ominąć mokradła, a temperatura była w okolicach zera. W takich sytuacjach nie myśli się jednak o tym, że jest źle, tylko biegnie dalej. W międzyczasie jeszcze kilka razy wylądowałam w grzęzawiskach. Nie wiadomo, kiedy minęły mi już dwie godziny i za mną było 20 km. Już odliczałam kilometry do pierwszego punktu kontrolnego, a przede mną ukazywały się cudowne widoki. Pierwszy most wiszący, na który szybko wbiegłam, orientując się, że to nie najlepszy pomysł na jego pokonanie i zdecydowanie lepiej zwolnić. Potem bieg wąską ścieżką brzegiem rwącej rzeki. Znów pomyślałam, ile ja mam szczęścia, mogąc podziwiać tak piękną przyrodę.IMG_6728

Na punkcie kontrolnym szybko uzupełniłam wodę, drobna przekąska i dalej w drogę. Usłyszałam, że jestem w czołówce kobiet. Takie informacje dodają skrzydeł. Trasa jednak była coraz bardziej wymagająca i pofałdowana. W momentach zmęczenia przypominałam sobie słowa trenera o trzymaniu wyprostowanych pleców, głowie do góry (jak na prawnika przystało) i od razu biegłam szybciej. Kiedy zegarek pokazał, że pokonałam maraton, bardzo się ucieszyłam i tradycyjnie od razu pomyślałam, że do mety blisko. Mój entuzjazm trochę ochłodził pierwszy upadek. Stłuczone prawe kolano, ale przez to, że praktycznie cały czas nogi mokre, bo co chwila kałuża lub bagno, specjalnie nie bolało. Za mniej więcej 5 km kolejne potknięcie i stłuczona druga noga. Od razu zapomniałam o pierwszej. Wtedy jednak już pojawiła się myśl, że może rozsądniej będzie zwolnić, bo już jestem zmęczona, a przez to mniej uważna. Utwierdził mnie w tym przekonaniu ostatni tego dnia upadek, który wyglądał dosyć groźnie. Na bardzo stromym zbiegu pojawiły się wysokie drewniane schody, z których chciałam zbiec. Pośliznęłam się i kilka metrów zsunęłam się w dół. Pierwsza reakcja – pytanie, czy będę mogła dalej biec. Pomału wstałam, bolała ręka i plecy, ale zaraz radość, bo mogę chodzić, ruszać ręką i palcami, a ból przecież zawsze mija. Właśnie wtedy podjęłam decyzję, że nie walczę o miejsce, ale o to, żeby ten bieg zakończyć bezpiecznie. To jest najważniejsze, bo czeka na mnie kilka osób, dla których i tak będę bohaterem.

IMG_6715Dalsza część biegu była już w zdecydowanie bardziej spokojnym tempie także i dlatego, że zaczęła się najtrudniejsza jego część i najbardziej górzysta. Do tego w górach zostało jeszcze sporo śniegu, w wielu miejscach sięgał po kolana. Stopy ciągle mokre, bo nie dało się uniknąć wejścia w zaspy czy kałuże. Kiedy wchodziłam na jedno z ostatnich wzniesień zaczął padać śnieg i wiał silny wiatr. Z jednej strony robiło to duże wrażenie, z drugiej – coraz bardziej chciałam być już na mecie. W międzyczasie kilka motywujących wiadomości od przyjaciółki, która śledziła, jak przemieszczam się na trasie i gorąco kibicowała – jeszcze jednak prosta, skręcasz, kilka kilometrów i meta! Kiedy wspinasz się po linie i ledwo możesz wejść na szczyt zaczynasz myśleć, że chyba ta meta jednak jest za daleko. Wtedy zawsze sobie myślę, ile kilometrów już za mną, że nie po to tyle czasu spędziłam na trasie, żeby się poddać, a im szybciej będę na mecie tym szybciej zrzucę te mokre buty i usiądę w cieple, jedząc moje ulubione lody. Taka właśnie śmieszna myśl zmarzniętego ultramaratończyka po 80 km biegu.IMG_6703(1)

Kiedy z oddali zobaczyłam skocznię narciarską wiedziałam, że już blisko. Jeszcze jedno wzniesienie i meta. Ostatni kilometr znów w tempie z początku biegu i ogromna radość, kiedy speaker wyczytał moje nazwisko, a na szyi pojawił się medal. Zrobiłam to! Po raz kolejny wygrałam walkę z samą sobą. Tym razem było ciężko nie ze względu na dystans, bo przecież mam za sobą już bieg na 110 km, ale ze względu na warunki na trasie i pogodę. Niska temperatura, błoto, bagna i śnieg. Przypomnienie, że niczego nie można lekceważyć i że na trasie może zaskoczyć wiele rzeczy.

Dla kogoś, kto nie biega, może ten cały mój wysiłek wydawać się bez sensu. Przecież mogłam siedzieć w ciepłym miejscu, zjeść coś pysznego, a nie te wstrętne żele, popijać herbatę, nie narażać się na upadki, nie zrywać wcześnie rano, żeby wyprawiać się na Koło Podbiegunowe po to tylko, aby dwanaście godzin być zmarznięta na trasie. Taki bieg to sprawdzenie siebie w trudnych warunkach, możliwość obcowania z przyrodą, zobaczenia wyjątkowych widoków, pokonywania własnych barier, czas na przemyślenia, a jednocześnie przypomnienie o ważnych sprawach. Wspomnienia i uczucia, jakie mi towarzyszyły, pozostaną na zawsze. Chyba o to chodzi w tym całym bieganiu ultra i chyba dlatego przynajmniej dla mnie ma ono sens.

 

 

Poprzednia wiadomość
Następna wiadomość
Content