Wiadomości

24 czerwca 2015

Bieg Rzeźnika 2015 – relacja

W celu lepszego zrozumienia tematu należy na wstępie wyjaśnić kilka pojęć. I tak: maraton to bieg na dystansie 42,195 km, półmaraton to zaś połowa tego dystansu. Z kolei każdy bieg powyżej dystansu maratońskiego to ultramaraton. Wbrew pozorom ultramaratony, to nie są nowe wymysły wychodowane na ostatniej wznoszącej fali popularności biegania. Rozgrywane są od wielu lat na całym świecie, a zwycięzcy, mimo że nie dorównują popularnością culringowcom, czy choćby szachobokserom, mają swoje wierne rzesze kibiców, którzy różnią się od przeciętnego sympatyka piłki nożnej tym, że najczęściej sami uprawiają dyscyplinę swojego idola i z niego i niej czerpią inspirację oraz motywację. Ultramaratony dzielą się na uliczne (Sparthatlon), górskie (Hardrock Endurance Mile, Swiss Alpine Marathon), ekstremalne – Badwater, 4 Deserts, Ultra trail du Mont Blanc czy trwające wiele dni jak choćby Melbourne – Sydney w Australii na dystansie 875 km. Na miano ultramaratonów zasługują również biegi 24 godzinne gdzie biegacze pokonują w ciągu 24 godzin jak największą ilość okrążeń na trasie – często o długości kilku kilometrów. W Polsce zdecydowanie najpopularniejszym ultramaratonem jest Bieg Rzeźnika, organizowany od 12 lat w Bieszczadach. Wyścig rozgrywany jest na dystansie blisko 80 km z łączną sumą przewyższeń podbiegów i zbiegów wynoszącą 6500 metrów przez najpiękniejsze zakątki Bieszczad. Trasa wiodąca z Komańczy przez jeziorka duszatyńskie, Chryszczatą, Jaworne, Cisną, Jasło, Smerek i Połoniny Wetlińską i Caryńską kończy się w Ustrzykach Górnych. Rzeźnik, bo tak o biegu mówią uczestnicy, powinien być ukończony w limicie 16 godzin (meta). Na trasie są też limity czasowe na punktach, gdzie dotarcie po limicie powoduje adnotację DNF (did not finish) lub po polsku dyskwalifikację i brak możliwości wyruszenia dalej na trasę. Organizatorzy przewidzieli również „nagrodę” dla najszybszych jaką jest możliwość wyruszenia na dalszy dystans ponad 20 km do Wołosatego, jeśli bieg główny zostanie ukończony przed upływem 12 godzin.

Do Rzeźnika przygotowywaliśmy się z kolegą, już zaawansowanym ultra maratończykiem Jakubem Kałużnym (Team Palestra), który obecnie aplikuje w ORA w Krakowie. Uczył nas zbiegów oraz pokazał zupełnie inny wymiar treningu, za co serdecznie z tego miejsca mu dziękujemy.thumb_DSC_0127_1024 Ultramaraton dla mnie i mojego partnera był niejako połączeniem przyjemnym z pożytecznym. We wrześniu kończymy Koronę Maratonów Polskich i szukaliśmy nowego wyzwania. Urywanie sekund czy nawet minut w ulicznych biegach jest fajne, ale oboje kochamy góry (mec. Kinal na Połoninie Caryńskiej nawet się zaręczył ) i bieganie w terenie, więc Rzeźnik był naturalną konsekwencją zamiłowań. Tak więc decyzja o starcie zapadła w listopadzie zeszłego roku, kiedy to zapisaliśmy się na losowanie i szczęśliwym trafem udało znaleźć się na liście startowej. Okres przygotowań minął intensywnie – pojawiły się drobne przeziębienia i kontuzje (relacja z Dębna), jednak podbudowaliśmy solidnie bazę pod przyszłe wyzwanie.
W Bieszczady pojechaliśmy wraz z naszymi żonami, które wspierały nas organizacyjnie i logistycznie i drugą drużyną – łącznie 9 osób. Wynajęliśmy piękny domek z gliny w Baligrodzie niedaleko miejsca śmieci generała co kulom się nie imał tj. Świerczewskiego. Mieliśmy tydzień do startu więc czas przedstartowy wypełniliśmy na kilka przebieżek na pobliskie szczyty, spacery w góry, tamę w Solinie i jedzenie. Start Biegu jest o 3 w nocy. Wcześniej trzeba odebrać pakiety startowe i przejść odprawę. Atmosfera w Cisnej, gdzie mieści się Biuro zawodów jest iście jarmarkowa. Targi i stoiska biegowe, odzież, koncerty zespołów oraz festiwal biegów pomniejszych jak – rzeźniczątko czy rzeźnik na raty, przyciągają tłumy i Orlik gminny, na którym odbywa się cała impreza jest naprawdę zatłoczony. O 18:40 jest odprawa, na której powinna być przynajmniej jedna osoba z pary, trochę spraw organizacyjnych, technicznych, zdanie rzeczy na przepaki. I spać, bo do trzeciej niewiele czasu zostało. Co prawda zasnąć o 19 w górach jest ciężko, jednak świadomość, że jak nie teraz to dopiero pojutrze i po prawie 80 km działa mobilizująco. Po godzinie spałem jak niemowlę.
Budzik zadzwonił równo o 1.30, księżyc dość mocno świecił, więc było w miarę jasno. Partnerzy słyszałem, też już wstali i krzątali się na dole szykując się do wyjazdu. Szybkie, lekkie jedzenie, kopniak od żon na szczęście, życzenia powodzenia. Ruszyliśmy o 2 prosto na start. Dojazd w nocy, krętymi bieszczadzkimi drogami wymaga wprawy, bo co rusz na drogę wyskakiwał, lis, jeleń czy inna dziczyzna. W drodze minęliśmy 3 autokary dowożące zawodników na start. Punktualnie o 3. rozległ się strzał startowy i prawie 700 par ruszyło na trasę. Poznać debiutantów można właśnie na starcie – kluczem w tym biegu jest taktyka. Najtrudniej zwalniać na samym początku – przecież przyjechaliśmy biegać! Tak właśnie myślą debiutanci i choć sami się do nich zaliczaliśmy zaczęliśmy bardzo powoli truchtem po asfalcie, tak aby nie złapać żadnej zadyszki i aby się nie spocić. Czołówki średnio się przydały, ale jednak warto zabierać je ze sobą. To tylko kilkaset gramów a i tak za 30 km można zostawić na pierwszym przepaku. Księżycowo było naprawdę jasno, jednak nie zawsze musi tak być i jej brak zdecydowanie nie warty jest kontuzji na pierwszych 10 km biegu. Spokojnie minęły nam pierwsze dwa punkty kontrolne. W zasadzie Przełęcz Żebrak to miejsce gdzie leży mata sygnałowa reagująca na chipa. Punkt przepakowy był w Cisnej, do którego dotarliśmy w czwórkę ponad godzinę przed limitem. Chwila na jedzenie i uzupełnienie isotoników w bukłaku, odebranie kijków i po 20 minutach pobiegliśmy na trasę. Zaczynało prażyć. W Bieszczadach albo jest sauna albo leje. Nigdy nie doświadczyłem stanów pośrednich . Bieg na kolejny trzeci przepak ewidentnie już sprawiał trochę trudności, bo mimo że szlak się zwężył dla biegnących było więcej miejsca niż na poprzednich szerszych odcinkach. Niby to jasne że peleton się rozciąga ale gdy jest to dopiero 56 km wcale nie zaczyna to dziwić, tym bardziej że najtrudniejsze było dopiero przed nami. Podejście na Smerek niejednego zniszczyło, stąd odbiór kijków jest dopiero w Cisnej, bowiem podejście jest naprawdę strome i nawet czołówka robi je marszem wspomagając się trekkingami. Ekspozycja zbocza Smerka jest naprawdę korzystna…do opalania. Wspinanie się na tempo w żarze porannego słońca, naprawdę wyciska z człowieka ostatnie siły, dlatego tak ważne jest regularne picie i jedzenie. Wczłapaliśmy się na Smerek gdzie przywitała nas nasza cała ekipa 5 osób trzymających wielki baner rozłożony nad szlakiem z napisem „Masz Moc -Ciśnij – ból to stan przejściowy”.thumb_DSC_0138_1024 Z kolei nasze urocze żony robiły furorę z okazji czarnego napisu na białej koszulce „Mój mąż jest Rzeźnikiem”. Urocze ale trochę na wyrost – wszak sporo jeszcze przed nami. Szybkie zdjęcie i pobiegliśmy dalej. Na połoninach wieje i świeci. O ile w lesie jak zawiało to było przyjemnie, tak na Połoninie Wetlińskiej – mokrzy przez ciepły wiatr, czuliśmy się jak wystawieni na działanie wielkiego farela o mocy 10 MGW podczas biegu po panelach solarnych. Oczywiście Bad Water to to nie było, ale nie spodziewaliśmy się takich upałów. Do Chatki Puchatka w zasadzie truchtaliśmy. Przy schronisku wykorzystałem przywilej bycia zawodnikiem bowiem w kolejce do kasy stało ze 27 osób, które grzecznie acz stanowczo wyminąłem, aby bezpośrednio u barmana kupić 2 litry wody mineralnej. Inna sprawa, że płaciłem banknotem 50 złotowym za dwie wody Żywca a jako resztę otrzymałem jakieś klepaki i 10 złotych Cóż, schronisko rządzi się swoimi prawami a na darmowy wrzątek akurat nie mieliśmy ochoty . Żaden redbull, burn nic tak nie dodaje skrzydeł jak woda. Do Berehów Górnych wpadliśmy lekko przed limitem. Zarządziliśmy maksymalnie 10 minut, bowiem drużynie, która już lekko miała dość powiedziałem, że jest 15:40 i przed 16 musimy ruszać na Połoninę Caryńską. Małe kłamstwa czasowe trwały już od momentu wspinania się na Smerek, ale czas pokazał, że prowadząc dwie drużyny w ten sposób obie bieg ukończyły. Ba, na koniec usłyszałem, że wszyscy wiedzieli, że coś jest nie tak, ale nikt nie miał sił się sprzeczać. Piosenka zespołu „Wiewiórka na drzewie” – zespołu od wielu lat związanego z Biegiem Rzeźnika pod koniec idzie mniej więcej tak „a na drodze coś wyrosło, toż to połonina zła, oooo Caryńska, toś ty mi krwi napsuła, eh Caryńska zabrałaś siły me…Mam już dość udręki tej, mocy we mnie coraz mniej”…Nie wiem jak się czuł mec. Kinal, wspinając się na Caryńską teraz, jednak kilka lat wcześniej, z pierścionkiem zaręczynowym emocje odczuwał pewne podobne. Fakt, że wejście na Caryńską mimo, że strome, poszło sprawniej niż na Smerek. Na pewno tempo było równiejsze i co najważniejsze nieustanne. Podobnie bieg przez Połoninę. Wiało ale z racji pory (późne popołudnie) słońce już tak mocno nie grzało i nawet momentami musieliśmy się odziewać. Najważniejsze jednak, że najbliższe co nas czeka to ok 4 km płasko i ok. 4.5 km zbiegu – ostatni odcinek to dystans 9 km a zegarki się mylą, więc pomiary bywają różne. Faktem, jest że zasuwaliśmy. Równo. Co prawda w dość dużym odstępie, jednak partner widział moje plecy. Nieustannie w dół, bez kijków, lekko i z uśmiechem. Najpiękniejszy zbieg. Nasza druga drużyna niestety została z tyłu ale już na nich nie czekaliśmy.

Po drodze ciekawostka – minąłem – poznanego, ostatnio na konferencji CCBE Prezesa NRA Andrzeja Zwarę, który czekał na partnera. Krzyknąłem tylko „czołem panie Prezesie” ale chyba mnie nie poznał – mieliśmy jednak na sobie białe koszulki OIRP Gdańsk i moim zdaniem wyszło godnie . Zbieg skończył się na tablicy z wielkim napisem – meta 500 m. Pozostał tylko chwiejący się mostek „mostek w remoncie”, lekki podbieg na drogę asfaltową i 200 metrów do mety. Wbiegając na asfalt wolontariusz który kierował ruchem krzyknął tylko „brawo Gdańsk – chyba nikogo jeszcze z Wybrzeża nie widziałem, w lewo i kończycie” czym dodał sił. Odczekałem, aż partner dobiegnie, zrównaliśmy się i linię mety minęliśmy z uśmiechami i podniesionymi rękami w geście triumfu. Czas 14godz:39min jest spokojną realizacją założeń jak na debiut, organizację oraz wszelkie niewiadome. Za rok lecimy poniżej 12 godzin i wersję hardcore na 100 km .

Na koniec chciałbym jeszcze raz podziękować naszym kochanym żonom, które wspierały nas w trakcie przygotowań, treningów oraz w trakcie całego wyjazdu. Przygotowały piękny transparent i koszulki motywacyjne a także wiernie kibicowały zrywając się rano aby wpaść na Smerek przed nami. To było super!

 

Dziękujemy też OIRP Gdańsk za wsparcie organizacyjne biegu.

Apl. radcowski Tomasz Dunst
Radca prawny Jakub Kinal

Poprzednia wiadomość
Następna wiadomość
Content