Wiadomości

14 października 2015

Biec sercem – radczynie prawne w biegu maratońskim

Nasze Koleżanki – Aleksandra Worzała oraz Anna Stępień Sporek ukończyły z fantastycznym czasem poznański maraton. Gratulujemy z całego serca! Zapraszamy do lektury relacji z biegu autorstwa Oli i zachęcamy do biegowego szaleństwa. Może nie od razu maraton, ale trochę ruchu i wytchnienia od zawodowych zobowiązań każdemu się przyda.

 

Udział w 16 PKO Poznań Maraton w dniu 11 października 2015 roku był moim trzecim startem w maratonie, zaledwie po półtora roku od pierwszego treningu biegowego, oscylującego w granicach 3,5 km. Mając doświadczenie ze startów na królewskim dystansie, do stolicy Wielkopolski zmierzałam z założeniem złamania magicznej dla wielu biegaczy granicy 4 godzin. O ile obawiałam się zbyt małej liczby wybiegań treningowych powyżej 25 km, o tyle miałam świadomość, że od kilku miesięcy ciężko pracuję na siłowni, ćwicząc ze sztangami i kettlami, a zatem mięśnie głębokie i siła biegowa są moimi atutami. Bo biegacz to nie tylko nogi, to cały organizm, to silne plecy, brzuch i ręce. Pokonanie 42 km i 195 m każdorazowo jest wyzwaniem dla organizmu – zarówno dla ciała, jak i psychiki. Nie bez przyczyny mówi się, że biegacz pokonuje pierwszy etap biegu siłą nóg, drugi – głową, a trzeci – sercem. Bóle nóg wskutek wielogodzinnych uderzeń o asfalt doskwierają niemal każdemu, często towarzyszą temu także kolki i skurcze. Trzeba mieć zatem silną motywację oraz dużo siły wewnętrznej a także kochać bieganie, aby w tym wielogodzinnym szaleństwie uczestniczyć.

 

Poznań przywitał przeszło 7 tysięcy biegaczy mrozem, zimnym wiatrem niebieskim niebem i słońcem.

 

Maraton ma tą przewagę nad innymi biegami ulicznymi, że każdy z biegaczy czuje dużą pokorę wobec dystansu – przez 3, 4 czy 5 godzin biegu może wydarzyć się wszystko, ale jednocześnie każdy tryska energią, na starcie nie ma osób, które by się nie uśmiechały, nie przybijały sobie piątki, nie życzyły powodzenia. Dla mnie, zarówno minuty na starcie, jak i cały bieg były uczestnictwem w festiwalu radości.

 

Na starcie wszyscy śpiewają „Wyginam śmiało ciało, dla mnie to….mało!” a spiker krzyczy, że jak dla kogoś 42 km to on się poddaje.

 

Trzy, dwa, jeden, start……i ruszyli. Pierwsze 12 km biegu było z górki, dzięki czemu organizm nie był nadto forsowany a stosunkowo szybki bieg zapewniał przewagę czasową w stosunku do poczynionych założeń biegowych. Mijając 10 km, zauważyłam że zbliżam się do koleżanki Anny Stępień – Sporek, biegnącej z debiutującym mężem, wobec czego przyspieszyłam, aby się przywitać i choć kilka kilometrów pokonać wspólnie. Krótka rozmowa, wymiana informacji o założeniach na bieg, wzajemne uśmiechy. Nawet nie zauważyłam, kiedy mijaliśmy 14 km. Po pewnym czasie, każdy z nas się rozłączył, co wynikało z różnych możliwości organizmu. Ania pognała do przodu.

 

Mijały kolejne kilometry, nawet nie wiem kiedy, w dużej mierze dzięki cudownym kibicom, tysiącom Poznaniaków, którzy wyszli w mroźny poranek krzyczeć, machać, uśmiechać się, dopingować. Setki malutkich dzieci przybijały na trasie piątki i trzymały tabliczki, że jak będą duże, to też zostaną maratończykami. Kilometry podczas których biegacz otrzymuje nieograniczone pokłady życzliwości od obcych osób są niesamowitym doświadczeniem w sytuacji mocnego wyczerpania organizmu. Pamiętam bodaj na 33 km, jak chwilę szłam, łapiąc oddech i pijąc żel energetyczny, a kibicujący Strażnik Miejski odczytał moje imię na numerze startowym i krzyknął: „Dalej Ola, ja w Ciebie wierzę”. Nie można zawieść takich ludzi. Więc biegnie się dalej. Dla siebie i dla Strażnika Miejskiego, i dla setek innych osób, które Cię wspierają. Bo bohaterami dnia są i maratończycy, i kibice.

 

Mając świadomość równego tempa oraz wypracowanej nadwyżki czasowej na pierwszych 21 km, od ok. 35 km wiedziałam, że jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego – skurcz w klatce piersiowej czy mięśni, pobiję rekord życiowy i złamię 4 godziny. To dodawało siły. 37 km i przebiegnięcie po płycie Stadionu Lecha Poznań. Ostatnie 5 km biegu… Ból nóg i skurcze łydek coraz bardziej doskierwały, więc należało udać się do głowy i serca. „Jesteś silna, to tylko 4 km, przecież nie jesteś zmęczona, tylko nogi Cię trochę bolą, masz tyle czasu do 4 godzin, że byś mogła iść, ale maraton się biegnie, więc dawaj”. Monologi cechują maratony J Dodatkowo pamięć odtwarza smsy od przyjaciół, „Oleńko, wiemy że dasz radę, bez 3:59 nie wracaj”. Na 39-41 km wszystko jest ważne, każde najmniejsze wsparcie staje się siłą napędową. Są setki ludzi, którzy idą, walczą ze słabościami organizmu, a Ty biegniesz, może koślawo, z bólem na twarzy, ale jednak bo uświadamiasz sobie, ile osób Cię wspiera i duchowo biegnie z Tobą.

 

Ostanie 1.000, 800, w końcu 400 metrów, runda honorowa, mnóstwo kibiców, mobilizacja, szybki finisz. W końcu meta. Zerkam na zegarek, wyśnione na ten rok 3h:55min:52s. Łzy same napłynęły do oczu a do głowy myśl, „Udało się, przebiegłaś, zrobiłaś to, brawo”. Pierwszy raz jestem tak wzruszona po biegu.

 

W tłumie dostrzegam Anię Stępień – Sporek z piękną życiówką 3h:56:16s. Odbieramy medale, róże, robimy zdjęcia. Jesteśmy niesamowicie szczęśliwe, ale i zmęczone. Regeneracja organizmu po maratonie trwa do miesiąca. Zasłużona chwila przerwy podczas której można snuć plany startowe na kolejny rok. Bo bieganie uzależnia.

Galeria

Poprzednia wiadomość
Następna wiadomość
Content