Komunikaty

17 lipca 2015

Udział apl. Piotra Szudejko w wyprawie na Denali

Opis Wyprawy „Denali Freedom”

Denali5Wyprawa odbyła się w dniach 24 maja – 22 czerwca 2015 r. Jej celem było podjęcie próby wejścia drogą West Buttress na Denali (Mt. McKinley), najwyższy szczyt Ameryki Północnej o wysokości 6 168 m n.p.m. W wyprawie wzięli udział: Tadeusz Piotrowicz (Nowa Ruda), Krzysztof Sabaciński (Szprotawa) oraz Piotr Szudejko (Gdańsk). Wyprawa otrzymała patronat Komisji Sportu Okręgowej Izby Radców Prawnych w Gdańsku.

Denali3W dniu 27 maja, po uzyskaniu zezwolenia władz Parku Narodowego Denali na wspinaczkę, zostaliśmy przetransportowani siedmiomiejscowym samolotem DeHavilland Canada Beaver wyposażonym w płozy na lodowiec Kahiltna, do Obozu Bazowego (Base Camp – 2200 m.). Część wyposażenia, żywności oraz paliwa została załadowana na saneczki, które za pomocą specjalnych uprzęży ciągnie się za sobą po lodowcu przez część trasy. Wieczorem tego samego dnia wyruszyliśmy do Obozu 1 (Base of Ski Hill), położonego na wysokości ok. 2400 m. Panujący latem dzień polarny umożliwia wędrówkę praktycznie przez całą dobę, niemniej po godzinie 20 temperatura powietrza znacznie się zmniejsza, utrudniając marsz. Na następny nocleg zatrzymaliśmy się w okolicach przełęczy Kahiltna Pass, a na trzeci tuż przed przełęczą Windy Corner. Pomimo swojej złowieszczej nazwy, na przełęczy panowały idealne warunki pogodowe, a całkowity brak wiatru zachęcił nas do odpoczynku na samej przełęczy. 31 maja dotarliśmy do Obozu 3, nazywanego Medical Camp bądź „14” od wysokości, na której się znajduje (14 200 stóp – ok. 4300 m.). W obozie tym planowo mieliśmy pozostać jeden dzień, wypoczywając i zbierając siły przed dalszymi etapami wyprawy. Obóz położony jest w niecce, w związku z czym warunki wiatrowe są najczęściej dobre, umożliwiając wspinaczom spokojny nocleg. Tutaj jednak trzeba pozostawić saneczki, ponieważ dalsza część trasy jest zbyt stroma.

Denali1 Denali2 Denali4Po odpoczynku, 2 czerwca wyruszyliśmy w kierunku Obozu 4, nazywanego High Camp lub „17” od położenia na wysokości 17 200 stóp (ok. 5200 m). Naszym celem było wyniesienie i pozostawienie w tym obozie depozytu, czyli części ekwipunku, żywności i paliwa do późniejszego wykorzystania, a następnie powrót na nocleg do Obozu 3. Trasa prowadzi poprzez strome pola śnieżne, a następnie przez pokryty lodem Headwall, na którym rozwieszone są stałe liny poręczowe. Po wejściu na skalno-śnieżną grań, prowadzącą do Obozu 4 okazało się, że wiatr jest zbyt silny, by kontynuować wspinaczkę. Pozostawiliśmy zatem depozyt na wysokości ok. 16 400 stóp i wróciliśmy do Medical Camp. Wieczorna prognoza pogody przekreśliła nasze plany; miało spaść do 2 metrów świeżego śniegu. Kolejne trzy dni upłynęły nam na bezsilnym obserwowaniu opadających na obozowisko białych, ciężkich płatków. Podwyższyliśmy śnieżne ściany, zabezpieczające nasz namiot przed wiatrem, przygotowując się na załamanie pogody. W czwartkowe popołudnie, 4 czerwca, śnieg nieco zelżał. Martwiło nas zagrożenie lawinowe, które świeży opad śniegu znacznie zwiększył. Ku naszej radości, kilkunastu wyposażonych w turystyczne narty wspinaczy zaczęło podchodzić pod Headwall i zjeżdżać do obozu, przy okazji ubijając śnieg na trasie. Prognoza pogody wskazywała na dwa dni względnie dobrej pogody, po których miało nastąpić jej załamanie, z burzami śnieżnymi i dużym opadem śniegu. Ustaliliśmy, że następnego dnia wyruszamy do High Camp, żeby mimo wszystko spróbować wejścia. Dwudniowe okno pogodowe było wystarczające do podjęcia takiej próby, a przy dobrym wykorzystaniu czasu powinniśmy zdążyć wrócić do Medical Camp przed pierwszymi uderzeniami wiatru. Tej nocy nie mogłem zasnąć, podekscytowany zbliżającą się próbą. Przez głowę przebiegały mi natrętne myśli: czy pogoda się utrzyma? czy wytrzymam wysiłek? czy nie wydarzy się jakieś nieszczęście? Rano spakowaliśmy najpotrzebniejsze wyposażenie i wyruszyliśmy znów w kierunku Obozu 4. Po kilkunastu minutach Krzysiek powiedział, że nie jest w stanie dalej iść ze względu na chorobę wysokościową i zawrócił do pozostawionego namiotu. Zostaliśmy zatem we dwóch. Po ponownym wejściu na grań wykopaliśmy pozostawiony depozyt i związani dla bezpieczeństwa liną ruszyliśmy do Obozu „17”. Pogoda nie była dobra – porywisty wiatr sprawiał, że zimno docierało nawet pod grube, puchowe kurtki. Pojawiła się gęsta mgła, która zmniejszała widoczność do kilkunastu metrów. Coraz mocniej odczuwałem również wpływ wysokości – ostatecznie znajdowaliśmy się już na wysokości 5 tysięcy metrów. Do obozu dotarliśmy późno, a rozstawienie namiotu pochłonęło resztę naszych sił. Pomimo zmęczenia długo nie mogłem jednak zasnąć. Rozcierałem stopy, w których od mrozu straciłem czucie. Następny dzień był słoneczny, ale wietrzny. Wyruszyliśmy ostatecznie we czterech, przygarniając dwóch wspinaczy z Polski. Związani liną przeszliśmy przez niezbyt trudny, ale niebezpieczny trawers do przełęczy Denali Pass, a następnie skręciliśmy w prawo, na oblodzone miejscami zbocze, prowadzące do Archdeacons Tower. Dopiero tutaj dotarło do mnie, że naprawdę mam szansę na zdobycie szczytu. Ale przed nami była jeszcze długa droga i wielokrotnie musieliśmy przystawać, żeby uspokoić bijące gwałtownie serca i wyregulować płytkie oddechy. O dziesiątej wieczorem stanęliśmy na najwyższym szczycie Ameryki Północnej. Marzenie stało się faktem. Pospiesznie zrobiliśmy kilka zdjęć i rozpoczęliśmy zejście. Było przenikliwie zimno i kilka minut bez grubych puchowych rękawic spowodowało całkowitą utratę czucia w palcach obu dłoni. Tym trudniej było mi operować czekanem i wpinać linę do zabezpieczających przed skutkami upadku karabinków. Zejście zawsze jest bardziej niebezpieczne, dlatego też zachowywaliśmy wyjątkową ostrożność. W namiotach byliśmy o trzeciej w nocy. Było tak zimno, że ani gazowa, ani benzynowa kuchenka turystyczna nie chciały się palić. Wypiliśmy z Tadeuszem po kubku zimnej herbaty i wsunęliśmy się do śpiworów.

Następnego dnia wieczorem zeszliśmy do Medical Camp, gdzie czekał na nas Krzysztof. Po jednym dniu odpoczynku postanowiliśmy schodzić. Tym razem Windy Corner w pełni zasłużył na swoją złą sławę. Wiatr przewracał saneczki, plątał linę, spychał nas w dół. Śnieg sypał bez żadnej przerwy. Twarze mieliśmy całkowicie zdrętwiałe. Widoczność również się zmniejszyła i z trudem wypatrywaliśmy bambusowych tyczek, wyznaczających dalszą trasę, jak również tych złowieszczo skrzyżowanych, stawianych przy największych szczelinach. Noc spędziliśmy w Obozie 2, w mokrych ubraniach i śpiworach.

Następnego dnia wiatr zelżał, ale widoczność była bardzo ograniczona i tylko dzięki przygodnie spotykanym przewodnikom udało nam się bez przygód przedostać się przez pokryty niewidocznymi teraz szczelinami lodowiec. Późnym wieczorem, 10 czerwca dotarliśmy do Obozu Bazowego, a wieczorem następnego dnia ten sam samolot, który przywiózł nas na lodowiec, pozwolił nam wrócić do miasteczka Talkeetna, do cywilizacji.

Wyprawa Denali Freedom była sukcesem. Dwóm z nas udało się stanąć na najwyższym szczycie Ameryki Północnej, a cała trójka wróciła bezpiecznie do domu. Przesunęliśmy horyzonty własnych ograniczeń, realizując odwieczne marzenie człowieka, by dotrzeć dalej, sięgnąć wyżej, dotknąć ideału. Zgodnie z ideałem arystotelesowskiej etyki cnót, mogliśmy doskonalić się nie tylko fizycznie, ale i wewnętrznie, obcując z piękną, dziką i niebezpieczną naturą.

Poprzedni komunikat
Następny komunikat
Content